fbpx
Czytajmy, słuchajmy i uciekajmy w świat wyobraźni!
Lipiec 10, 2016
Książki muzyczne – 5 najlepszych powieści z muzyką w tle
Lipiec 24, 2016

Brytyjska klasyka w najlepszym wydaniu

Minęła niedawno pierwsza rocznica śmierci Terry’ego Pratchetta. Brytyjskiego mistrza nad mistrzami. Mistrza pod każdym względem. Potrafił napisać powieść moralizatorską, przy której umierało się ze śmiechu, potrafił też najcelniej śmiać się sam z siebie. Był to autor, który przez długi czas wyznaczał dla mnie standardy tego, co nazywam dobrym pisarstwem.
I choć potem trafiłem jeszcze na kilku innych mistrzów, to dla Pratchetta zawsze mam honorowe miejsce na półce. Chcąc jakoś uczcić ten czas, postanowiłem uzupełnić domową biblioteczkę o brakujące tomy „Świata Dysku” (nie było ich dużo, bo raptem 6 z 41 wydanych, ale jednak!).

niuch

Tym sposobem do mojej kolekcji trafił „Niuch” – powieść o bohaterskim kapitanie Straży Miejskiej w Ankh-Morpork, Samuelu Vimesie. Książka to nietypowa, bo choć bohater jest ściśle związany z najważniejszym miastem Świata Dysku, to jednak akcja rozgrywa się tam w znikomej części. Już od pierwszych stron dowiadujemy się, że Lady Sybil, lekko dominująca małżonka Vimesa, postanowiła zabrać go na urlop do rodzinnej posiadłości na wsi. W założeniu miał to być czas odpoczynku, wyciszenia i odreagowania trudów mieszkania w zatłoczonym i specyficznie pachnącym mieście, ale nie tak łatwo stłumić policyjny węch! Tytułowy „Niuch” nie wziął się znikąd. Vimes, choć na wakacjach, szybko wyczuwa, że w okolicy dzieje się coś niepokojącego. I to na jego włościach!

Pratchett opowiadając tę prostą z pozoru historię, sięga jak zwykle do niewyczerpanych źródeł humoru. Doprawia go szczyptą typowych wiejskich uprzedzeń, ogólnoludzkich strachów przed tym co obce i inne. W efekcie tego otrzymujemy to, o czym pisałem na początku – niezwykle zabawną powieść moralizatorską. Choć Świat Dysku to uniwersum przypominające czasy wiktoriańskie, to bez trudu możemy odnieść relacje międzyludzkie i międzyrasowe do teraźniejszości. Trolle, gobliny, krasnoludy i ludzie to tylko inne nazwy dla ludzi różnych ras, którzy żyją i mieszają się we współczesnym tyglu kulturowym. W Świecie Dysku takim tyglem jest niewątpliwie Ankh-Morpork, które przyciąga przybyszy z różnych stron niczym najmodniejsze miasta Europy czy USA. Pratchett pokazuje, że mimo różnic i uprzedzeń można z powodzeniem żyć obok siebie, ucząc się siebie nawzajem i stopniowo doceniając korzyści z tego płynące. Co ważne, ten dydaktyzm nie jest zbyt nachalny.

Na osobną uwagę, jak zwykle w przypadku tego autora, zasługuje język. Pokręcony, ponaginany i niezwykle zabawny. Zawsze czytając powieści Pratchetta chylę jednocześnie czoła przed tłumaczem – Piotrem W. Cholewą. Czasem ma wrażenie, że ten duet to jeden organizm rozdzielony na dwa ciała. To wielka sztuka oddać w tłumaczeniu takie niuanse
i neologizmy i nie stracić jednocześnie lekkości i świeżości oryginału. Duża sprawa!

Czas chyba zdradzić, jaką oprawę muzyczną wybrałem dla tej lektury. Dla osób znających mnie bliżej nie będzie raczej niespodzianką, jeśli dowiedzą się, że postawiłem również w tym przypadku na brytyjską klasykę – nieśmiertelnych Beatlesów. A konkretnie na ich podobno (nigdy nie jestem w stanie wybrać jednoznacznie) najlepszy album „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”. Dlaczego właśnie on? Bo podobnie jak u Pratchetta mamy tu nutkę szaleństwa i trochę zakamuflowanego brytyjskiego humoru. Mam też wrażenie, że to muzyka, która nie pozwoliłaby zasnąć Vimesowi (a zdarza mu się przysnąć w filharmonii czy operze). Żywa, niejednoznaczna, nowatorska i cały czas świetnie brzmiąca. Taki strzał, jaki się wtedy przytrafił Beatlesom, trafia się naprawdę rzadko. W żargonie piłkarskim takie trafienie nazywa się szumnie „stadiony świata”. Tutaj też mamy stadiony świata, ale zapełnione przez piszczące fanki FabFour z Liverpoolu.

beatles_51Jest jeszcze jeden ważny powód, dla którego muzyka z tego akurat albumu idealnie uzupełnia lekturę „Niucha”. Otóż Paul McCartney, kompozytor znakomitej większości materiału na ten album, według plotek wzorował się na… Pink Floyd. Tak tak, Pink Floyd zaczynali wtedy karierę
i jeśli wierzyć rozsiewanym po ówczesnym Londynie pogłoskom, to McCartney incognito wybierał się na ich koncerty, by zaczerpnąć trochę inspiracji. Ponoć „Sgt. Pepper…” aż za często przypomina to, co można było w londyńskich pubach usłyszeć w wykonaniu Pink Floyd. Na podobnych, gościnnych „występach” przebywa Sam Vimes, który jest z kolei inspiracją dla innych. Pod koniec „Niucha” w niektórych nowych bohaterach można już wyczuć wyraźną vimesową nutę.

Podsumowania są chyba zbędne – świetna książka, do której udało mi się dobrać świetną muzykę, dzięki której lektura jest jeszcze przyjemniejsza. A jeśli kogoś do tej pory nie przekonałem, to zostawiam Was z cytatem, który powinien wyjść kiedyś spod mojego pióra, ale jednak nie jestem Pratchettem:

“Samuel Vimes osobiście lubił herbatę, jednak herbata nie jest herbatą, jeśli jeszcze przed pierwszym łykiem można zobaczyć dno filiżanki.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *