fbpx
Miłosne uniesienia w rytmie punk
27 lipca, 2016
Sentymentalny powrót do Hogwartu
4 sierpnia, 2016

Sarny umierają przy jazzie

Wyobraźcie sobie największego pesymistę jakiego można sobie tylko wyobrazić. Wszystko na nie, wszystko jest bez sensu, trzeba tylko czekać na rychły koniec świata. Najlepiej jeszcze do tego czasu nie wychodzić z domu, zasłonić zasłony w oknach i słuchać mrocznej muzyki. Widzicie to? Myślicie, że nie ma dla takiej osoby ratunku? Mylicie się. Jest Ota Pavel!

Ten czeski pisarz, dziennikarz i reporter to już legenda. Choć w Polsce nie doczekał się takiej popularności jak w rodzinnych Czechach (czy też wcześniej Czechosłowacji) to i tak ma u nas wierne grono czytelników i wyznawców. Jeśli jeszcze nie czytaliście „Bajki o Rašce”, „Jak tata przemierzał Afrykę” czy „Śmierci pięknych saren. Jak spotkałem się z rybami”, to mam nadzieję, że do sięgnięcia po twórczość Pavla nakłoni Was krótki opis właśnie „Śmierci pięknych saren. Jak spotkałem się z rybami” – mojej najnowszej zdobyczy. Jesteście gotowi? Zabieram Was w niesamowitą podróż.

Była sobie kraina, kraina piękna, beztroska, gdzie nigdy nic złego nie mogło się stać. W tej krainie żyła szczęśliwa rodzina Popperów (po wojnie zmienili nazwisko na Pavel). Tatuś, komiwojażer i rybak-pasjonat, jego żona i trójka synów. W zależności od sukcesów zawodowych taty, rodzinie powodziło się różnie, ale nigdy nie zabrakło w niej miłości, zrozumienia i wspólnych pasji. Ojciec uczył synów wędkarstwa, pokazywał im co to znaczy „iść na ryby”, ci odpłacali się mu (a zwłaszcza Ota) zaangażowaniem i autentyczną pomocą. Pan Popper miewał pomysły mniej i bardziej udane, niektóre nawet szalone, ale nie można mu było zarzucić braku miłości do rodziny. Sielankę przerwał wybuch wojny, ale nawet wtedy rodzina stara się patrzeć na świat optymistycznie. Bajka się nie kończy, bajka wchodzi tylko na chwilę w mroczną fazę. Nie zdradzę Wam jak się kończy. To już musicie odkryć sami.

Piewcą książki jest najbardziej znany polski czechofil – Mariusz Szczygieł. Ponoć kupuje każde wydanie w ilościach hurtowych, po czym rozdaje znajomym jako sprawdzony i niezawodny sposób na smutek, depresję i ogólne zniechęcenie. Poleca ją nawet nieczytającym zazwyczaj zbyt dużo i w cudowny sposób nawraca ich na kontakt z literaturą. Czyż to nie piękne? Pavlovi udało się to, co udaje się nielicznym – dzięki sentymentalnemu powrotowi do krainy dzieciństwa stworzył powieść tak autentyczną, wzruszającą, zabawną i napawającą optymizmem, że cały czas jest aktualna. I właśnie dziś, w czasach gdy jesteśmy coraz bardziej zabiegani, mamy coraz mniej czasu na czytanie i refleksję, warto po nią sięgnąć. Po to, żeby na chwilę oderwać się od codzienności, zamyślić, wzruszyć i przeżywać historie dzieciństwa razem z autorem. Każdy z nas ma taką krainę, do której chciałby wrócić w trudnych chwilach.

Muzyka, która towarzyszyła mi przy lekturze tym razem, to tak naprawdę dzieło przypadku. Przeglądając pisma muzyczne, trafiłem na recenzję nowej płyty Idy Zalewskiej. Artystki, której fanem jestem od dawna i którą świetnie pamiętam ze współpracy z grupą Terraplane, a potem z doskonałej płyty z utworami Billie Holiday. Ida, obdarzona mocnym, „czarnym” głosem, który pewnie brzmi na tle muzyki, wydała niedawno kolejny krążek – „Storytelling”. I to właśnie on wybrzmiewał w moich głośnikach podczas czytania Oty Pavla. Krążek mocno jazzowy, który jednocześnie przyjemnie buja i pozwala w pełni odpłynąć przy lekturze. Podobnie jak u Pavla, teksty dotyczą codzienności, zwykłych spraw, jest też trochę sentymentów. Na pewno usatysfakcjonowany czasem spędzonym z tym wydawnictwem będzie każdy, komu bliska jest twórczość chociażby Cassandry Wilson.

Żeby było ciekawiej, w biografii Idy za sprawą tej płyty pojawił się też wątek, który wiąże ją z Pavlem jeszcze mocniej. Otóż „Storytelling” została wydana w słowackiej oficynie HV, a jak wiadomo Ota Pavel żył i tworzył w Czechosłowacji. To jednak nie koniec zaskakujących koincydencji! W momencie, gdy podczas lektury natrafiłem na fragment opowiadający o tym jak rodzice Pavla palili razem zdobycznego papierosa i czekali z utęsknieniem na koniec wojny (nie wiedząc, że za chwilę przyjdzie im się rozstać), w głośnikach zabrzmiał właśnie utwór „Bez Ciebie nie ma mnie” z tekstem:

„Papieros już siódmy,

powiedz mi, jak długo

przyjdzie mi bez Ciebie żyć”

Prawda, że niesamowite? Bardzo lubię takie przypadki i mam nadzieję, że będą się zdarzały jak najczęściej podczas prac nad tym blogiem. A może Wy też macie jakieś podobne historie? Przypadki, które wydają się aż nazbyt nieprawdopodobne, żeby w nie uwierzyć, ale jednak miały miejsce? Dajcie znać, czekam na Wasze opowieści w komentarzach. A jeśli nie macie takich historii to sięgnijcie do Pavla – na pewno w Waszym życiu od razu zadzieje się coś magicznego 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.