fbpx
Sentymentalny powrót do Hogwartu
Sierpień 4, 2016
Wakacje z książką
Sierpień 12, 2016

5 odkryć z Off-Festivalu

Dzięki kilku zbiegom okoliczności udało mi się pojechać w tym roku na Off-Festival. Wybierałem się już od kilku lat, żeby na własne oczy zobaczyć na czym polega siła imprezy organizowanej przez Artura Rojka. Udało się, dosłownie rzutem na taśmę. Trafiłem w dodatku akurat na edycję, która wzbudziła dużo kontrowersji.

Z jednej strony mieliśmy dość dziwne niekiedy dyskusje literackie (organizowane przez Instytut Książki), z drugiej strony odwoływane w ostatniej chwili koncerty gwiazd. Jednak o tym, jak „dobra zmiana” odbiła się na Offie, kto miał focha, a kto się rozchorował, przeczytacie zapewne na większości branżowych portali i blogów. Postanowiłem w związku z tym przygotować coś innego. Zestawienie moich największych odkryć Off-Festival 2016!

TaxiWars – na koncert tego zespołu trafiłem przez przypadek, trochę błądząc po terenie festiwalu w oczekiwaniu na inne występy. Zagrali na scenie radiowej Trójki (notabene, bardzo dobrze obsadzonej) i od razu zawładnęli nie tylko mną, ale i innymi słuchaczami. Rozpędzony, wściekły jazz połączony z poezją, często wyrecytowaną w iście raperskim stylu przez szalonego Toma Barmana. Dodajcie do tego wirtuozerski saksofon cenionego w Nowym Jorku Robina Verheyena i świetną sekcję rytmiczną, a otrzymacie mieszankę wybuchową w postaci TaxiWars. Nie dało się stać bezczynnie przy tej muzyce!

The Feral Trees – ich muzyka była mi właściwie nieznana przez wyprawą na Offa. Wiedziałem, że taki zespół jest, ale nigdy nie zabrałem się za jego słuchanie. I jak się okazuje, popełniłem duży błąd! Ciężko jest ich jednoznacznie zaklasyfikować. Wszystko to za sprawą miksu dwóch kultur: wokalistka to songwriterka z Kolorado, a resztę zespołu stanowią Polacy z mocno grającej formacji Hidden World. W The Feral Trees łączą podejście hardcore’owe z amerykańskim folkiem, tworząc specyficzny rodzaj indie rocka. Z koncertu wyszedłem oczarowany – przemyślane, ciekawe kompozycje, zagrane mądrze i bez zbędnego efekciarstwa, to na pewno ich znak firmowy. Wyróżnia się też wokalistka, która momentami brzmi jak nowe wcielenie Dolores O’Riordan z The Cranberries. Ma nad nią jednak tę przewagę, że Dolores nie gra na mandolinie.

Jaga Jazzist – już drugi w tym zestawieniu zespół okołojazzowy. Mieli być dla mnie przystankiem w oczekiwaniu na SBB, a okazali się atrakcją wcale nie mniejszą. Ten norweski band należy do nurtu, który mocno przyczynił się do odrodzenia europejskiego jazzu na przełomie XX i XXI wieku. Śmiało eksperymentują, łącząc w swej twórczości style wydawałoby się tak od siebie odległe jak muzyka Johna Coltrene’a i Aphex Twina. Jest żywiołowo, absorbująco, a od słuchacza wymaga się dużego skupienia. W zamian otrzymujemy potężną dawkę muzycznych emocji i naprawdę dużą satysfakcję płynącą ze spotkania z Jaga Jazzist.

Sotei – to było dla mnie prawdziwe zaskoczenie. Z muzyką elektroniczną mam raczej mało wspólnego, ale muzyka tego duetu sprawiła, że mam ochotę na więcej. Perkusista Wojtek Sobura (grywa m.in. ze Skubasem czy Kasią Nosowską) i Teielte, znany producent, stworzyli zaskakujące połączenie sampli i szalonych ewolucji na bębnach. Nie przypuszczałem, że dam się wciągnąć, ale jednak im się udało! Pozytywne wrażenie wzmocniło się jeszcze bardziej, gdy posłuchałem rozmowy z nimi w strefie Gazety Magnetofonowej.

Bye Bye Butterly – jeśli David Lynch będzie szukał soundtracku do swoich kolejnych produkcji, powinien koniecznie zainteresować się tym zespołem. Cytując oficjalny przewodnik festiwalowy: „mamy do czynienia z muzyką eklektyczną i psychodeliczną, ale też wysmakowaną, szlachetną”. Ciężko dodać coś więcej, trzeba po prostu posłuchać. Tym bardziej, że w tym mało znanym składzie znaleźli się wcale nieprzypadkowi muzycy – część z nich gra na co dzień w Pustkach czy Muzyce Końca Lata. Sprawdźcie zresztą sami:

Miało być pięć odkryć, ale muszę dodać tu jeszcze bonus. Bonus, bo tak naprawdę to nie odkrycie, ale raczej ponowne zauroczenie. O kim mowa? Rzecz jasna o SBB. Giganci polskiego rocka progresywnego od jakiegoś czasu koncertują znowu w oryginalnym składzie: Józef Skrzek, Jerzy Piotrowski i Apostolis Anthimos. W takim zestawieniu personalnym zaprezentowali się też podczas Off-Festivalu. I zagrali koncert wyjątkowy – na scenie Trójki wybrzmiała w całości ich pierwsza studyjna płyta „Nowy horyzont”. Chociaż „wybrzmiała” to mało powiedziane. Nie przepadam za nadużywanym ostatnio określeniem „epicki”, ale tego występu nie da się inaczej opisać. Entuzjastyczne reakcje tłumnie zgromadzonych fanów tylko to potwierdzają. Dzięki temu koncertowi zamierzam po raz kolejny wrócić do twórczości SBB. Coś pięknego

.

Wyjazd na Offa dał mi potężną dawkę inspiracji i zasób nowych brzmień. Oczywiście zamierzam je wykorzystać przy kolejnych tekstach. Oczekujcie więc, że za jakiś czas jeszcze napiszę o tych wykonawcach, łącząc ich twórczość z lekturami przynajmniej tak samo fascynującymi.

A Wy byliście na Offie? Kto Was zaskoczył? Odkryliście kogoś dla siebie? Dajcie znać, czekam na Wasze historie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *