fbpx
Bardzo Fajna Bajka
1 września, 2016
Wolny jak ptak
18 września, 2016

Dobrze być ojcem

Motyw ojcostwa jest obecny w literaturze niemalże od jej zarania. Weźmy choćby „Biblię” – to przecież jeden wielki tekst o relacjach ojca ze swoimi dziećmi. Potem wcale nie było gorzej. Takie klasyki jak „Ojciec Goriot” Balzaca, „Treny” Kochanowskiego, „Chłopi” Reymonta, „Tango” Mrożka czy , z nowszych pozycji, „Gnój” Wojciecha Kuczoka. O relacjach dzieci z rodzicami piszą i pisali wszyscy, niejednokrotnie tworząc dzieła wybitne.

W ten trend wpisuje się również Karl Ove Knausgard. Pisarz, który zauroczył mnie swoją autobiograficzną „Moją walką” (myślę, że jeszcze nie raz dostaniecie tutaj tego dowód), a teraz startuje z nowym cyklem – roboczo nazwanym „Cztery pory roku”. Nadal jest to w pewnym sensie pisanie autobiograficzne, ale w zupełnie innym wymiarze. O ile do tej pory Norweg skupiał się na swoich zmaganiach z przeszłością, i trudnych relacjach z ojcem (znowu ten motyw!) to w nowej serii, którą poznajemy od „Jesieni” role się odwracają. Karl Ove czeka na narodziny swojego czwartego dziecka i w związku z tym postanowił przygotować dla niego wyjątkowy prezent. Książki, w których opowie mu świat.

„Jesień” to właśnie pierwsza z takich opowieści. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to nudziarstwo. Komu chciałoby się czytać o tak przyziemnych rzeczach jak puszka po napoju, guziki, butelki czy żaby. A jednak! Nie tylko czytelnikom chce się o tym czytać, ale przede wszystkim Knausgardowi chciało się o tym pisać. To już nie jest Karl Ove z „Mojej walki”, wiecznie zmagający się z rzeczywistością, niemogący znaleźć w niej miejsca dla siebie. To człowiek pogodzony ze światem, świadomy jego wad i zalet i jednocześnie potrafiący się nim zachwycić. Jego opisy raz śmieszą, raz wzruszają, a innym razem sprawiają wrażenie banalnych, ale jednego nie można im odmówić. Są autentyczne. Wypływają od dojrzałego faceta, którego stać jeszcze na dziecinną fascynację najprostszymi zjawiskami. Niby to wszystko nudne, zahaczające w opinii wielu pewnie nawet o kicz, ale jednak zachwycające w swej prostocie.

Krzysztof Varga na okładce książki napisał: „To największy hołd dla rodzicielstwa, jaki kiedykolwiek czytałem”. I tak naprawdę to zdanie w pełni podsumowuje to, czym jest najnowsza powieść Karla Ovego Knausgarda. Opisy przedmiotów i zjawisk przeplatają się z przejmującymi listami do nienarodzonej córki, w których autor opowiada jej, co akurat robią rodzice, jakie problemy ich zajmują, czym się cieszą, a czym smucą. Można też niejednokrotnie odnieść wrażenie, że książka jest swego rodzaju traktatem filozoficznym. Fani Knausgarda wiedzą, że lubi on takie wycieczki, jednak czytając „Jesień” przyszło mi się nieraz zastanawiać, czy tym razem nie jest tego zbyt dużo, czy nie staje się to zbyt banalne.

Choć to cały czas jest stary, dobry Karl Ove, i możemy się delektować jego stylem i sposobem narracji, to jednak mam wrażenie, że gdzieś uleciały jedne z jego najbardziej charakterystycznych cech: autoironia i samokrytycyzm. Na tym w dużej mierze zbudowany był sposób opowiadania historii w „Mojej walce” i w moim odczuciu to stanowiło i wciąż stanowi najmocniejszy punkt tego cyklu. W „Jesieni” ma się wrażenie, że ten pazur gdzieś się stępił, w zamian dostajemy proste i lekko banalne opowiastki filozoficzne, pełne retorycznych pytań. Ale może tak powinno być? W końcu w zamyśle ma to być książka dla dziecka, a zadawanie pytań, to jeden z podstawowych sposobów dzieci na poznawanie świata.

Motyw ojcostwa da się też znaleźć w muzyce i to wśród twórczości tych największych z największych. Gdy w 1975 w związku Johna Lennona i Yoko Ono pojawił się ich syn, Sean, mało kto spodziewał się, że aż tak zawładnie on światem jednego z Beatlesów. John całkowicie zawiesił karierę muzyczną, poświęcając się opiece nad synem i jego wychowaniu. Stając się „kogutem domowym” odstawił gitarę pod ścianę i przez kilka lat z pod jego pióra nie wyszedł żaden nowy utwór. Aż do roku 1980.

Wtedy to, dzięki splotowi kilku zbiegów okoliczności i nagłemu przypływowi weny, John wrócił do komponowania. Szybko uzbierał materiał, wszedł do studia wraz z Yoko i razem nagrali płytę „Double Fantasy”. Był to nie tylko wielki powrót Lennona do muzycznego świata żywych, ale było to też świadectwo olbrzymiej miłości tych dwojga do syna i do siebie samych.

Album jest zaprojektowany tak, że sprawia wrażenie rozmowy dwójki małżonków. Ich utwory ułożone są na płycie naprzemiennie, a kończy ją kompozycja zaśpiewana wspólnie. Można by długo wymieniać zalety „Double Fantasy”, jak również jej wady (po premierze wielu krytyków nazywało ją nudną i monotonną – czyż nie to właśnie niektórzy zarzucają Knausgardowi?). Nic jednak nie zmieni faktu, że to z niej pochodzą takie lennonowskie evergreeny jak „Woman” (moim zdaniem największy artystyczny hołd, jaki mężczyzna złożył kobiecie) oraz „Beautiful Boy”. Piękna kołysanka dla syna, która stała się synonimem uwielbienia Seana przez Johna. Po tym utworze trafiamy z kolei na kawałek „Beautiful Boys”, w którym Yoko zachwala atuty obu swych mężczyzn. Sielanka, prawda?

I chyba właśnie dlatego, że płyta powstawała w tak rodzinnej atmosferze, jakże innej od dotychczas charakterystycznej dla Lennona (w studiu, zamiast używek artyści raczyli się zieloną herbatą, a nagrania obowiązkowo musiały się skończyć przed wieczorem, żeby John zdążył położyć Seana spać), słychać, że jest to album muzyka spełnionego. Zarówno artystycznie, jak i życiowo. On już nic nie musi, może za to za pomocą środków artystycznych wyrazić miłość do żony i syna. Podobnie jak Knausgard, Lennon w rodzinie odnalazł wreszcie spokój, nie musiał już w swojej twórczości dawać ujścia irytacji i niechęci do świata.3850b440175b7205c707efc1706b9b51

W tym tkwi siła obu tych dzieł. Choć oba są inne od flagowych dokonań zarówno Knausgarda jak i Lennona, to z obu bije niesamowita siła. Siła spokoju, harmonii i miłości. Wydaje się, że po latach starć ze światem, obaj w końcu znaleźli swoje miejsce i zakotwiczyli u boku żon i dzieci. Pewnie dlatego tak dobrze słucha się Lennona podczas lektury „Jesieni”. Jeśli szukacie odtrutki na powszechny fałsz, chcecie po prostu pobyć gdzieś, gdzie niebo jest bardziej niebieskie, trawa bardziej zielona, a problemy jakby mniej istotne, to zapraszam Was na spotkanie z Knausgardem i Lennonem. Ładowanie akumulatorów zapewnione!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.