fbpx
Nie wierzę w życie pozamuzyczne
1 października, 2016
Wraca Kubuś Puchatek!
16 października, 2016

V. Despentes „Vernon Subutex” – Nirvana „Nevermind”. Wykolejeni.

Często ulegamy złudnemu przekonaniu, że ludzie borykający się z uzależnieniami, biedą czy chorobami to osoby w jakiś sposób upośledzone – niezdolne do zajęcia się własnym życiem, niepotrafiące skierować go na właściwe tory. Te problemy mogą dotknąć każdego z nas, wystarczy niefortunny splot zdarzeń, by dostatnie życie zamieniło się w pasmo udręk.

Wie coś o tym Vernon Subutex, bohater trylogii powieściowej Virginie Despentes. Mieliśmy okazję poznać go przy okazji pierwszego tomu – z lubianego i popularnego w Paryżu właściciela sklepu z płytami stał się niemalże z dnia na dzień zwykłym kloszardem. Nie potrafił albo nie chciał wyczuć zmieniającej się koniunktury, nie zauważył, że za chwilę nie będzie miał z czego żyć. Początkowo pomagał mu przyjaciel, a jednocześnie gwiazda estrady – Alex Bleach. Kiedy jednak ten umiera w tajemniczych okolicznościach, Vernon zostaje sam. Jego jedynym kapitałem są nagrania z autowywiadem Bleacha nagrane w narkotykowym transie. O czym i o kim mówił? Jakie tajemnice zdradził? Te pytania zaczynają nurtować coraz więcej ludzi w Paryżu, coraz więcej osób chce dopaść Vernona i zdobyć te taśmy.

vernon_subutexW ten sposób dotarliśmy do punktu wyjścia tomu drugiego, który właśnie trafił w moje ręce (a o pierwszym mieliście okazję przeczytać przy okazji „Książek muzycznych”). Przygody Vernona wydają się być trochę nierealne, odjechane. Ukrywa się już przed niemalże całym Paryżem i przed przyjaciółmi, którzy nie zorientowali się w jego trudnej sytuacji, a teraz połączyli siły by mu pomóc. Jest schorowany, ranny, nieprzystosowany do życia bezdomnego. Pewnie nie poradziłby sobie, gdyby nie pomoc innych bezdomnych i ich bezcenne rady. Wszystko zmienia się jednak w momencie, gdy w końcu pozwala znaleźć się swoim przyjaciołom. Zawiązuje się swego rodzaju parkowa komuna, a Vernon zaczyna pełnić rolę guru, charyzmatycznej postaci, która przyciąga i elektryzuje, emanuje jakąś nadnaturalną energią. Jest więc wykolejeńcem, który obrasta coraz większą legendą. Sytuacji nie ułatwia fakt, że w międzyczasie poznajemy zawartość „taśm Bleacha”.

Co niezwykle ważne, Despentes w swoich książkach nie skupia się tylko i wyłącznie na Subutexie i jego znajomych. Jest kronikarką francuskiej codzienności, na podstawie swoich bohaterów kreśli własny obraz społeczeństwa, ale też jednocześnie przegranego pokolenia, do którego należy Vernon. Pokolenia, które w latach 90. myślało, że ma świat u stóp, zachłystywało się możliwościami, jakie im oferował. Dla większości z nich ten sen o potędze nie skończył się dobrze. Każdy z nich jest rozczarowany, część sfrustrowana kierunkiem, w jakim podążyło ich życie. Wszyscy są na swój sposób wykolejeni – nie mogą znaleźć dla siebie miejsca w aktualnej rzeczywistości. Dlatego chyba też taką radość sprawia im gromadzenie się wokół Vernona, który w miarę rozwoju powieści zaczyna wyrastać na ich duchowego przewodnika.

Obserwacje Despentes są niewątpliwie ciekawe, zwłaszcza, jeśli weźmiemy pod uwagę, że społeczeństwo z powieści to tak naprawdę jedna wielka mieszanina: ras, klas, religii i światopoglądów. Mamy bezdomnych, neofaszystów, muzułmanów, gwiazdki porno czy niespełnionych artystów. Prawdziwy tygiel, który ma jeden wspólny punkt odniesienia – Vernona. Jarek Szubrycht na okładce napisał:

„Wiele wskazuje na to, że dzięki trylogii Vernon Subutex nazwisko Despentes nigdy nie zniknie z list lektur tych, którzy będą chcieli dowiedzieć się czegoś prawdziwego o życiu w stolicy Francji na początku XXI w.”

Prawda, że celnie? Autorka to prawdziwy fenomen na francuskiej scenie literackiej, zaliczana do nowej generacji pisarzy francuskich. W jej stylu zauważalne są elementy nawiązań do popkultury, język jest wyrazisty, ostry. Jak i cała opowiadana historia, która podejmuje w dodatku ważne społecznie wątki.

Jeśli nazwisko Bleach z czymś Wam się kojarzy, to prawdopodobnie jesteście na dobrym tropie. Nie wiem, czy to celowy zabieg autorki, czy po prostu zbieg okoliczności, ale „Bleach” to przecież też tytuł debiutanckiego krążka Nirvany! Zespołu, który na nowo zdefiniował pojęcie rocka i wprowadził ten gatunek w lata 90. To w końcu grupa, której liderował jeden z najbardziej wykolejonych muzyków w dziejach, członek klubu „27” (tragicznie zmarłych w tym wieku) – Kurt Cobain. Nie mogłem wybrać innej muzyki jako dodatku do powieści Despentes.

Co prawda nie po „Bleach” sięgnąłem, ale po najbardziej znaną „Nevermind”, zawierającą takie przeboje jak „Come As You Are”, „Smells Like Teen Spirit” czy „Lithium”. I trzeba też od razu przyznać, że mamy tu do czynienia z fenomenem. Zarówno muzycznym, jak i społecznym. Nowa jakość w muzyce rockowej, powszechnie ochrzczona mianem grunge’u. Do tego Kurt Cobain, który jak tylko pojawił się na muzycznym szczycie, tak natychmiast został mianowany guru młodych ludzi.

Po kolorowych, i co tu kryć, trochę przaśnych latach 80., wśród słuchaczy muzyki wyraźna stawała się potrzeba odmiany. Idealnie w ten nurt wstrzeliła się Nirvana, która już debiutując w 1989 r. ustawiła się w bardzo dogodnej pozycji do dalszego marszu w górę, a poprzez „Nevermind” potwierdziła tylko swoją pozycję. Byli jak powiew świeżego powietrza, nic więc dziwnego, że szybko zdobyli uznanie rzeszy odbiorców.nirvana_nevermind

Już otwarcie płyty jest potężne – wciskając „Play” na odtwarzaczu, od razu zostajemy zaatakowani dźwiękami „Smells…”. Utworu, który nie tylko z miejsca stał się hitem, ale też protest songiem ówczesnego pokolenia, które wchodziło w dorosłość i szukało swojej tożsamości. Cobain, autor tego numeru, stał się natomiast nowym wcieleniem Jima Morrisona – niepokornym i tragicznym zarazem głosem swoich rówieśników. Przez całą płytę słyszymy jego rozdzierający krzyk przeplatany przejmującym szeptem. Dołożywszy do tego muzykę, ostrą, gitarową, „brudną” otrzymujemy jeden z największych fenomenów w historii rocka.

Co ważne, Cobain nie grał na emocjach, nie wyczuł koniunktury i nie dopasował się do oczekiwań słuchaczy. Był autentycznie zagubiony, nadwrażliwy, z życiem naznaczonym porażkami i dramatycznymi przeżyciami. Ciężko przeżył rozwód rodziców (miał 8 lat) i nigdy tak naprawdę nie otrząsnął się z traumy po nim. Nieprzystosowanie towarzyszyło mu w zasadzie przez całe życie. Swoją wrażliwość starał się maskować przy pomocy używek i muzyki właśnie. Ona pozwalała mu wykrzyczeć wszystkie pretensje do świata. Używki natomiast okazały się jego przekleństwem, doprowadzając do przedwczesnej śmierci.

Wielu do dziś zastanawia się, jak potoczyłaby się historia Nirvany, gdyby Kurt nie zmarł. Czy byliby taką legendą jak dziś? Czy sprostaliby własnej popularności? Może byliby równie zawiedzeni rzeczywistością jak Vernon i jego towarzysze? W końcu to to samo pokolenie początku lat 90.- niepokorni, zakochani w muzyce, chcący zmienić świat. Tego nie dowiemy się już nigdy, choć dokonania choćby Dave’a Grohla dają nadzieję. Pozostaje pamiętać i doceniać, co zrobili dla świata muzycznego. I posłuchać czasem Cobaina, który choć często miewał wizje iście apokaliptyczne, był dla wielu słuchaczy prawdziwym przewodnikiem. Zupełnie jak Vernon Subutex.

2 Komentarze

  1. Jacek pisze:

    Ciekawy artykuł, ale jednak czegoś mi w nim zabrakło. Czy na pewno Kurta można uznać za wykolejonego? Miał problemy, ale chyba bez przesady… 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.