fbpx
Rok 2016 w liczbach – moje lektury
9 stycznia, 2017
Premiery tygodnia. Odcinek I – 16-22 stycznia
16 stycznia, 2017

W poszukiwaniu straconej muzyki – J. Steinbeck „Dziennik z podróży do Rosji” RECENZJA

Wiedziałem, że ten dzień musiał nadejść. Nie da się prowadzić w nieskończoność bloga, publikować gdzie się da i nieustannie strzelać świetnymi pomysłami. No po prostu niemożliwe. Nie sądziłem jednak, że dzień kryzysu przyjdzie akurat przy tak świetnej książce…

Od dawna ostrzyłem sobie zęby na „Dziennik z podróży do Rosji” Johna Steinbecka. To przecież doskonały pisarz, klasyk literatury amerykańskiej. Tuż po II Wojnie Światowej postanowił przeprawić się przez ocean i sprawdzić, jak żyje się w stalinowskiej Rosji, tudzież Związku Radzieckim (autor używa tych nazw zamiennie). Towarzyszył mu Robert Capa – wybitny fotograf, który przy okazji podróży budował też własną fotorelację, stanowiącą integralną część książki.

Steinbeck i Capa wybrali się w podróż pełną przygód, która zaowocowała niezwykle wciągającą książką. Jedynym problemem na jaki natknąłem się podczas czytania był brak odpowiedniej muzyki! Czytałem w domu, czytałem w autobusach, czytałem na przystankach. Przez cały ten czas szukałem dobrego tła muzycznego, ale nic się nie sprawdzało. Ani muzyka stricte amerykańska, ani rzeczy bardziej pasujące klimatem do Europy Wschodniej. Postanowiłem więc wybrać się w podróż po Warszawie, w trakcie której szukałem muzyki idealnej do zilustrowania dziennika Steinbecka. Jak mi poszło? Zobaczcie sami.

Dzień I

Steinbeck i Capa pojechali do Związku Radzieckiego, by jak sami mówią, zobaczyć prawdę o tym kraju i jego mieszkańcach. Wyruszyli wyzbyci uprzedzeń i otwarci na nowe doświadczenia i poglądy. Chcieli chłonąć ZSRR takim, jaki on był. Starali się unikać wartościowania i odnoszenia wszystkiego do perspektywy amerykańskiej. Podobną strategię przyjąłem też ja. Postanowiłem otworzyć się na to, co mi przyniesie los, skoro własna wiedza muzyczna okazała się niewystarczająca.

Pierwsze kroki skierowałem do miejsca dość oczywistego – do księgarni pewnej dużej znanej sieci. Pominę już fakt, że musiałem podstawić do ostemplowania mój egzemplarz „Dziennika…”, by żaden z groźnie wyglądających ochroniarzy nie miał wątpliwości, że książki tej nie ukradłem. Pierwsza napotkana osoba, pracownik sieci, wydawał się lekko skonfundowany. „Eee, Steinbeck? To ten od muzyki poważnej? Aaa, pisarz! Ale po co pan chce do tego jakąś muzykę?”. Nie było łatwo. Kilka kolejnych osób, tym razem klienci, również nie okazali się zbyt pomocni. Pewna miła starsza pani o mało co nie zdzieliła mnie swoją parasolką, bo myślała, że wyjmując książkę zza pazuchy chcę dokonać jakiegoś czynu wysoce niemoralnego. No nic, pierwsze koty za płoty, jutro też jest dzień.

Dzień II

John Steinbeck

Wyprawa nabiera rumieńców, autorzy dotarli już do Moskwy i chłoną tamtejszą rzeczywistość. Jest dziwnie, zastanawia wielki niedźwiedź w holu hotelowym. Ludzie też jakby jacyś smutni i patrzący spode łba. Nie zraża to jednak dzielnych reporterów, którzy nie tylko zwiedzają Moskwę, ale przy okazji doskonale o tym piszą i dorzucają niezgorsze zdjęcia. Muszę wziąć z nich przykład. Wyjechałem do pracy specjalnie chwilę wcześniej, żeby mieć czas na szybki rajd po okolicznych kioskach. Dowiedziałem się ostatnio, że kioskarki i kioskarze to doskonali eksperci od spraw wszelakich. Potrafią oszacować na przykład, która gazeta upada, stwierdziłem więc, że może wiedzieli też, czego powinno się słuchać przy czytaniu Steinbecka. Zaczynam ostrożnie.

-Dzień dobry, widziałem wczoraj w telewizji, że jesteście Państwo ekspertami. Może pani mi powie, czego powinienem słuchać do Steinbecka?

– A co ja jestem infolinia?

– Z dobrego serca by pani nie pomogła?

– Dobra, pan pokaże tę książkę. (ogląda) Hmm, nie wiem co to jest, ale nie wygląda zbyt obiecująco. Ten autor chyba już zbyt wiele nie napisze…

– No raczej nie, bo już nie żyje.

– A no widzi pan, miałam nosa. To radzę nie czytać i nie szukać do tego muzyki. Tym bardziej, że on mi jakoś żydowsko brzmi.

Przyznaję, takiej porady się nie spodziewałem, ale i taką musiałem przyjąć. Jednocześnie pomyślałem, że nie jest dobrze. Strony lecą jak szalone, książkę czyta się świetnie, Steinbeck doskonale maluje obrazy sowieckiej Rosji. Jego narracja jest pełna anegdot, niesamowitych przygód i zapisów z trudności, jakie napotyka po drodze wraz z Capą. Opisy tego, jak codziennie rano motywował go do wstania z łóżka poprzez zadawanie serii pytań z najrozmaitszych dziedzin powinny znaleźć się w podręcznikach gatunku. Bawię się świetnie czytając, ale, do cholery, gdzie ta muzyka?! W pracy też nie lepiej. Wszyscy kręcą nosami, pochłonięci swoimi sprawami, nikt nie ma czasu zajmować się Steinbeckiem. A ja biedny, pomiędzy kolejnymi mailami przekopuję otchłanie YouTube i Spotify. Ciągle nic, tylko obłęd w oczach jakby większy.

Dzień III

Akcja nabiera rumieńców, Steinbeck i Capa przemierzają już Ukrainę, za chwilę wyruszają do Gruzji, a ja wciąż nie mam muzyki. Autor też nie pomaga – opisuje rosyjskich jazzmanów próbujących za wszelką cenę naśladować amerykańskich kolegów. Efekt osiągają komiczny, więc też nie zamierzam korzystać z ich usług podczas lektury „Dziennika…”. Jednocześnie, na Ukrainie ludzie jakby bardziej towarzyscy i uśmiechnięci niż w Moskwie, o Gruzji nawet już nie wypada wspominać, bo tam podjęto ich tak, że nabawili się rozstroju żołądka.

Robert Capa

To przywraca mi wiarę ludzi. Postanawiam zacząć działać bardziej spontanicznie. Jadę autobusem – bach! Zapytam jakiegoś dziadka siedzącego przy oknie. Może on chociaż zna Steinbecka. Pudło. Wróciwszy wieczorem do domu udaję się do sąsiadów. Kiedyś chodziło się pożyczyć cukier, teraz biegnę pożyczyć trochę muzyki. Sąsiad zdziwiony moim widokiem, ale zaprasza do środka. Trafiam do królestwa disco-polo. Wszędzie podobizny Zenka Martyniuka i plakaty Bayer Full, brakuje tylko do kompletu Shazzy. Boję się, że jest w łazience. Pożyczam szklankę cukru i uciekam w te pędy.

 

Dzień IV

To w zasadzie koniec książki, czytam ostatnie podsumowania i opis powrotu do USA. Naprawdę, kawał świetnej reporterskiej roboty. Choć od Steinbecka czuć ewidentną fascynację narodem radzieckim, to stara się jednak zachowywać obiektywizm i nie przykładać 1:1 społeczeństwa radzieckiego do amerykańskiego. Capa robi świetne zdjęcia, to fakt. Jest też przezabawnym bufonem, który niejednokrotnie dał się Steinbeckowi we znaki. To buduje jednak klimat książki, autorzy pokazują się jako zwykli ludzie,  a nie jako wszystkowiedzący Amerykanie, którzy pojechali na dziki wschód w pogodni za sensacją i zdjęciami ludzi w walonkach.

Oni odnieśli sukces – ich wyprawa zakończyła się powodzeniem, choć kilka razy drżeli o własne życie. Czy to z powodu problemów żołądkowych, czy też nie pierwszej nowości samolotów. Było ciekawie, było pięknie i pięknie się o tym czyta. Zwłaszcza dziś, ponad 70 lat później. Możemy sami ocenić, jak olbrzymi postęp dokonał się w nas wszystkich i jak daleko zaszliśmy po wojennej pożodze.

Postępu i sukcesu nie ma natomiast u mnie. Choć książkę skończyłem, muzyki ciągle nie mam. Zastanawiam się, co zrobić teraz. Dać ogłoszenie na Gumtree? Założyć Tindera? Dać sobie spokój? Nie wiem jeszcze, ale czuję, że tak tego nie zostawię. Pomożecie? Kto da muzykę do Steinbecka?

 

2 Komentarze

  1. Anka pisze:

    Może warto byłoby posłuchać klasycznej muzyki rosyjskiej (Czajkowski, Strawiński, Szostakowicz) lub romansów rosyjskich.

    • Paweł Cybulski pisze:

      Przyznaję – próbowałem. Jednak to też nie było to, przynajmniej dla mnie. Może dlatego, że nie jestem wielkim znawcą muzyki klasycznej 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.