fbpx
Premiery tygodnia. Odcinek 6 – 20-26 lutego
Luty 19, 2017
10 gadżetów dla książkoholików
Luty 22, 2017

Pisząc, staram się trzymać napięcie do końca – wywiad z Leszkiem Gnoińskim

To pierwsza tak kompletna biografia Republiki. Jak sądzisz, czemu nikt do tej pory nie zabrał się za ten temat kompleksowo?

– Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Widocznie ta historia po prostu czekała na mnie. (śmiech)

Jak to się stało, że wziąłeś na warsztat Republikę?

– Dla wydania książki o Myslovitz założyliśmy ze znajomym wydawnictwo. I gdy wydaliśmy już tę książkę, zastanawialiśmy się, co wydać kolejnego. I padła propozycja Republiki. Lubiłem ich, byłem fanem na początku lat 80., więc spotkaliśmy się z Jurkiem Tolakiem, który wówczas był menedżerem pozostałej trójki dawnych Republikanów i to zaproponowaliśmy. Zgodzili się, a ja zacząłem pracę. W międzyczasie rozwiązaliśmy wydawnictwo, ale ja pisałem dalej, bo Republika ma wspaniałą historię. Przecież to jeden z najważniejszych zespołów w historii polskiej kultury. A przy tym wyjątkowa możliwość opisania Polski lat 80. i 90. Polski, której już nie ma i, której wiele osób po prostu już nie pamięta. Ja sam dowiedziałem się masę rzeczy, o których nie miałem zielonego pojęcia. Bo taka książka daje możliwość pokazania tamtych czasów. Republika jest bohaterem tej opowieści, ale ważne jest całe tło gospodarczo-polityczne, które temu towarzyszyło. Bo przecież Republika nie tworzyła w wyabstrahowanej rzeczywistości. Bez opisania i zrozumienia tamtej rzeczywistości jej twórczość nie byłaby zrozumiała.

Z różnych źródeł wiem, że podczas prac nad książką przeprowadziłeś setki rozmów. Od kogo udało Ci się wyciągnąć najwięcej informacji? 

– Bez wątpienia najdłużej rozmawiałem ze Zbyszkiem Krzywańskim. Pewnie spędziliśmy na rozmowach około osiemdziesięciu godzin. Zbyszek oprócz tego, że jest gadułą, to ma wręcz patologiczną pamięć. Jego udział w książce jest nieoceniony. Podobnie jak Jurka Tolaka, który udostępnił mi cały spis koncertów, co pomogło przy tworzeniu kalendarium. Zresztą ze wszystkimi świetnie się rozmawiało i każdy rozmówca wniósł swoją cegiełkę do książki.

Ile trwały prace nad książką? Biorąc pod uwagę, ile rozmów przeprowadziłeś, zbieranie materiału trwało pewnie kilka lat?

– Materiały zacząłem zbierać jesienią 2010 roku, ale nie pracowałem nad książką cały czas, o nie. Miałem w tym czasie kilka innych projektów: serię filmów o historii festiwalu w Jarocinie, tworzenie “Zwierzeń kontestatora”, czyli autobiografii Marka Piekarczyka, filmu “Jarocin, po co wolność” i wielu innych (jak choćby redakcje płyt, pisanie tekstów czy promocja książek). Odstawiałem Republikę i wracałem do niej. W pewnym momencie musiałem przysiąść na poważnie. Rok 2015 i następny były w dużej części poświęcone na pracę nad książką. Czyli praca trwała sześć lat brutto, a pewnie około trzech lat netto. (śmiech)

Czy były jakieś wspomnienia, wydarzenia, które z różnych względów musiałeś w książce pominąć?

– Nie musiałem, a chciałem. Taka książka to nie zbiór faktów, a pewna historia, którą trzeba opowiedzieć ciekawie i pełnie. Czasami mniej ważne fakty czy historie po prostu rozbijałyby mi opowieść, więc je pomijałem. Przy autoryzacji też nie było cięć. Częściej zdarzały się dopiski, bo moi bohaterowie coś sobie przypominali, a jak okazywało się to ciekawe, chętnie dopisywałem.

Podczas prac przydarzyły Ci się sytuacje, które dziś możesz traktować jako anegdotyczne?

Fragment książki “Republika. Nieustanne tango”

– Było sporo. Jedną z nich miałem pod sam koniec pracy nad książką. Całość była już złamana i do ostatniej korekty wysłałem ją Zbyszkowi Krzywańskiemu. Zbyszek szybko zadzwonił i spytał, kto jest na zdjęciach z Lady Pank. Odpowiedziałem, że to przecież Paweł Kuczyński, ówczesny basista zespołu. „To nie Paweł”, usłyszałem. Zimny pot pojawił mi się na skroni, zrobiło mi się słabo. Książka gotowa do druku, a tu coś takiego. Zadzwoniłem do Pawła, wysłałem mu zdjęcia. Na szczęście rozpoznał siebie, ale „w czymś dziwnym na głowie”. Pewnie to była jakaś siatka, a oni mieli niezłą imprezę. „Nawet jej nie pamiętam”, powiedział na koniec Paweł, a mnie kamień spadł z serca. Natomiast podczas spotkania promocyjnego w Toruniu Paweł przyznał się, że też nie był pewien, ale syn pomógł mu potwierdzić, że to on jest na tych zdjęciach.

Sądzisz, że gdyby Republika powstała poza Żelazną Kurtyną, byłaby tą samą Republiką? Czy gdzieś poza Polską i naszymi specyficznymi warunkami miałaby szansę na taki sukces?

– Myślę, że Ciechowski był na tyle wielką osobowością, że gdyby urodził się i mieszkał na przykład w Wielkiej Brytanii, spokojnie by sobie poradził. Pozostała trójka pewnie też dałaby sobie radę. Oczywiście byłby to zupełnie inny zespół, bo pamiętajmy, że Republika działała w konkretnej rzeczywistości. Bo rock był wówczas świetnym komentarzem do ówczesnej rzeczywistości, opisywał to, co się wówczas działo. Stał się zwierciadłem, w którym przeglądała się ówczesna Polska. Jeśli ktoś chciałby wiedzieć, jak wtedy się żyło i co myślało, warto prześledzić teksty rockowe z tamtych czasów.

Która z twarzy Ciechowskiego jest bliższa prawdy? Dominator uparcie dążący do wyznaczonego celu, czy rodzinny człowiek, który przez całe życie próbował je sobie poukładać?

– Nie znalem go, przeprowadzałem z nim raptem dwa wywiady, więc nie mnie oceniać, jaki był. Mogę to powiedzieć tylko biorąc pod uwagę wspomnienia o nim i wywiady, jakich udzielił. Miał, jak każdy człowiek, złożoną osobowość. Z jednej strony stawał się dyktatorem i osobą widzącą dokąd zmierza, a z drugiej szukał ciepła i świetnie czuł się z rodziną. W ostatnim okresie życia sesje podporządkowywał wakacjom, a z koncertów chciał jak najszybciej wracać do domu.

Miałeś okazję spotkać kilka razy Ciechowskiego. Jak sądzisz, gdyby dziś nadal grał i komponował (abstrahując od choroby), w jakim kierunku by poszedł? Albo co by grał, gdyby rozpoczynał karierę dziś?

Fragment książki “Republika. Nieustanne tango”

– Przed śmiercią wrócił do komponowania muzyki filmowej. Myślę, że to byłaby jego ważna część twórczości. Podobnie jak produkcja, przecież pod koniec 2001 roku zaczął pracować nad solowym debiutem Marcina Rozynka. Widząc efekty wcześniejszych produkcji (Justyna Steczkowska, Kasia Kowalska czy Katarzyna Groniec) myślę, że spod jego ręki wyszłoby jeszcze kilku świetnych artystów. Oczywiście Republika miałaby miejsce szczególne. A w jaką stronę muzycznie? Trudno przewidzieć. Przecież każda płyta Republiki czy Ciechowskiego solo była inna, nie znajdziemy dwóch takich samych.

A jak traktować Ciechowskiego? Czy to jeszcze artysta-muzyk, czy już bardziej performer łączący w swojej sztuce wiele gatunków? Wiemy, że kolejne płyty traktował jako swoje kolejne tomiki poetyckie. 

– Nie nazwałbym go performerem, a poetą, który upatrzył sobie muzykę rockową jako sztukę przekazu swojej poezji. I świetnie zrobił. On już w 1982 roku był świadom roli, jaką spełnia rock, że jest narzędziem sztuki, w której może się wyrazić i swoim wierszom dać wyjątkową i bardzo nowoczesną, jak na ówczesne czasy, oprawę.

Z czego wynikał fenomen Republiki?

– To był pierwszy zespół na polskim rynku muzycznym, który zaproponował publiczności coś jednolitego. Wiersze Ciechowskiego w połączeniu z ascetyczną muzyką nowofalową, czarno-białym wizerunkiem, świetnym logo, zachowaniem na scenie tworzyły jednolitą całość. Wszystko wydawało się świetnie przemyślane i robiło ogromne wrażenie. Do dziś robi. I dlatego Republika nie miała fanów, a wyznawców i do dziś ich ma.

Minął już jakiś czas od premiery książki. Z jakimi reakcjami czytelników się spotkałeś? Jak komentują książkę muzycy, rodzina Ciechowskiego?

– Dostałem bardzo wiele podziękowań zarówno od osób, które znam, jak i nieznajomych. Recenzje też są bardzo dobre. Nawet kilka osób napisało, że to najlepsza książka o polskim rocku w ogóle, co bardzo mnie cieszy i, cytując legendarny film „Przepraszam, czy tu biją”, mogę powiedzieć, że „przez grzeczność nie przeczę”. (śmiech) Jestem też niezwykle wzruszony reakcją najbliższych Grzegorza, którzy też bardzo dziękowali mi za książkę pisząc, że czytało się ją jednym tchem i, że to dla nich wspaniała pamiątka. To dla mnie też wyjątkowe recenzje.

Podejrzewam, że dziennikarstwem muzycznym zająłeś się z miłości do muzyki. Ale czy było jakieś przełomowe wydarzenie w Twoim życiu, które o tym zdecydowało?

Leszek Gnoiński, fot. Bartosz Bienias

– Miałem kilka takich wydarzeń. Na pewno najważniejsze było to pierwsze, kiedy odpowiedziałem na ogłoszenie w „Tylko Rocku”, w którym napisano, że poszukują współpracowników. Odpisałem, że chętnie i… dostałem telegram (czy pamiętacie, co to było?), aby przyjść do redakcji, która wtedy mieściła się przy ulicy Wałbrzyskiej. Z mocno bijącym sercem przejechałem niemal całą Warszawę, bo mieszkałem wtedy na Bielanach. Wiesiek Weiss posadził mnie naprzeciwko siebie i zaczął wypytywać, jakiej muzyki słucham. Wtedy słuchałem dużo różnej maści metalu, więc wyszedłem z redakcji z misją napisania artykułu o zespole Venom. Nie wiem, czy dawano mi jakieś szanse, bo byłem zupełnym nowicjuszem, ale napisałem i… przyjęto go! Ukazał się w majowym numerze w 1992 roku, a więc za chwilę minie 25 lat od mojego debiutu! Od tego zaczęło się moje pisanie.

Twoja ulubiona książka muzyczna? Źródło inspiracji?

– Wiele książek bardzo mi się podobało. Pamiętam, że przepadałem za „Satysfakcją” Daniela Wyszogrodzkiego, „Młotem bogów” o Led Zeppelin, „Nikt nie wyjdzie stąd żywy” o The Doors czy „Bądź jaki bądź” o Nirvanie. Z ostatnich bardzo dobrze czytało mi się „The Beatles” Normana Davisa, jedyną autoryzowaną biografię Wielkiej Czwórki, „Open Up and Bleed”, czyli opowieść Paula Trynki o Iggy Popie, autobiografie Phila Collinsa „Jeszcze nie umarłem”, Ozzy’ego „Ja, Ozzy”, przy której płakałem ze śmiechu i Keitha Richardsa „Życie”. Z polskich niezwykła była autobiografia Pawła „Kelnera” Rozwadowskiego „To zupełnie nieprawdopodobne”. To coś więcej niż typowa opowieść o muzyce, to świetna powieść z muzyką i buntem w tle. Takie „W drodze” Keruaca, ale opowiadające o tworzącej się kontrkulturze. A także „Generacja” Michała Wasążnika i Roberta Jarosza.

Na pewno wszystkie były źródłami inspiracji, ale ja staram się stworzyć swój własny styl i mam nadzieję, że mi się udaje. Książka to nie tylko fakty, ale także sterowanie emocjami, tempo akcji. Pisząc nie spalam się na początku, ale staram się trzymać napięcie do końca. Chcę, aby moje książki czytało się dobrze i szybko, aby zostawiały bez tchu. Znajomy przeczytał “Republikę…” w dwanaście godzin z przerwami na posiłki. A to jest przecież 770 stron! To jest najlepsza recenzja.

Czy czytasz słuchając? Jeśli tak, to jakie połączenia muzyczno-książkowe lubisz najbardziej?

– Bardziej czytam i wracam do muzyki ludzi, o których czytam. Nigdy w czasie czytania, zawsze w samochodzie lub w przerwie od czytania. Ostatnio sięgnąłem po autobiografię Scotta Iana, więc wziąłem się też za płyty Anthrax. I znów przypomniałem sobie, że jakoś nigdy za nimi nie przepadałem, choć mają też kilka genialnych kawałków, jak choćby „Bring the Noise”, pierwsze świadome połączenie metalu i rapu. Gdy czytałem książki o Lemmym czy The Ramones, to oczywiście musiałem wyciągnąć wszystkie płyty i też ich posłuchać tworząc sobie ścieżkę dźwiękową książki. I tak jest za każdym razem.

Leszek Gnoiński (ur. 1966) – polski dziennikarz muzyczny, autor biografii m.in. Kultu, Myslovitz, Marka Piekarczyka czy Acid Drinkers, współautor “Encyklopedii polskiego rocka”. Redaktor około setki płyt wydanych w “Złotej kolekcji”, reżyser filmów “Beats of Freedom-Zew wolności”, “Historia polskiego rocka” i “Jarocin, po co wolność”. W grudniu 2016 nakładem Kayaxu i Wydawnictwa Agora ukazała się jego najnowsza książka “Republika. Nieustanne tango”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *