fbpx
Premiery tygodnia. Odcinek 9 – 13-19 marca
12 marca, 2017
10 najlepszych książek napisanych przez muzyków
16 marca, 2017

Jerzy Pilch – Portret młodej wenecjanki RECENZJA

Wyobraźcie sobie człowieka tak pięknego, że z daleka przyciąga wzrok, ściąga na siebie spojrzenia wszystkich dookoła i jednocześnie promieniuje tajemniczą aurą. Prawda, że magiczne i niespotykane? A nieprawda, bo jak ktoś jest Jerzym Pilchem, to i takie osoby spotyka. Ba, jeszcze książkę z tego zrobi.

O bohaterce „Portretu młodej wenecjanki” – Pralinie Pralinowicz alias Atinie Milić usłyszeliśmy po raz pierwszy przy okazji krótkiej wzmianki w dziennikach Jerzego Pilcha. Jej postać szerzej pojawiła się natomiast w opublikowanej niedawno biografii Pilcha pióra Katarzyny Kubisiowskiej. Milić sprowokowana do zwierzeń, ewidentnie sprowokowała też mistrza Pilcha. Sprowokowała do tego stopnia, że z ich spotkania, romansu i burzliwej historii związku postanowił uczynić oś swojej najnowszej powieści. Powieści, która gdy tylko została zapowiedziana, z miejsca stała się jednym z najgorętszych kąsków wydawniczych początku 2017 roku. To tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś zastanawiał się, czy Pilch jeszcze może. Może i to jak!

Moja entuzjastyczna reakcja na zapowiedź „Portretu…” spowodowana była kilkoma czynnikami. Ostatnimi czasy na rynku zaroiło się od biografii, rozmów i dzienników Pilcha, natomiast jego ostatnia powieść „Zuza albo czas oddalenia” pozostawiła mnie z uczuciem pewnego niedosytu. Brakowało mi Pilcha, jakiego poznałem kilka lat temu, choć cały czas mieliśmy do czynienia z dziełami co najmniej dobrymi. Dlatego „Portret…” ucieszył mnie tak bardzo. Nic to, że znowu książka raczej w formacie mikro, ale historia zapowiadała się co najmniej intrygująco. Tym bardziej, że z pierwszych relacji wiedziałem już, że mamy charakterystyczne dla Pilcha gry z własną biografią. Wątki prawdziwe przeplatają się z fikcją, budując uczucie niejednoznaczności. To Pilch jakiego lubię.

Lubię też, gdy Pilch bawi się formą. Ten mistrz frazy, prawdziwy artysta literatury nie boi się eksperymentów na żywym organizmie i dowód tego dał też przy „Portrecie”. To nie jest zwykła powieść. Ba, niektórzy pewnie powiedzą, że ciężko to nazwać powieścią w ogóle, bo może przypominać też zbiór tekstów powiązanych jakąś myślą przewodnią. W każdej z tych opinii tkwi ziarno prawdy. Bo mamy do czynienia z tomem bardzo różnorodnym stylistycznie. Spotkanie i romans z piękną kobietą to tylko pretekst do dalszych rozważań. Jest  element powieściowy, jest coś na kształt felietonów, a nawet fragmenty literaturoznawcze. Jest też opowiadanie podpisane nazwiskiem Milić. I tu mam problem. Niektórzy twierdzą, że to żart autora, który sugeruje, że Atina nie dość, że piękna, to jeszcze utalentowana, inni dają sobie rękę uciąć, że to prawdziwe opowiadanie Atiny Milić włączone przez Pilcha do swojej książki. Nawet takie dywagacje budują fajny nastrój, sugerując, że mimo iż książka jest na poły autobiograficzna, to i tak nie wiemy nic na pewno.

Złośliwi krytycy pytają też, czy ta książka ma sens, czy nie jest jedynie kaprysem coraz starszego pisarza. No bo jak to tak – mało historii, mnóstwo dygresji, przypisów i odniesień, a gdzie mięso, czyli fabuła? Otóż, drodzy krytycy, fabuła jest, trzeba sobie tylko zadać odrobinę trudu, by zrozumieć, co autor chce nam przekazać. Bo nieprzypadkowo rozdziały o związku z Praliną Pralinowicz przeplatają rozważania o chorobie i potencjalnym samobójstwie. Szkopuł w tym, że trzeba umieć to połączyć i wyciągnąć wnioski dla siebie. Wtedy, oprócz niewątpliwej przyjemności płynącej z lektury, dostaniemy też niezwykle mądry, skłaniający do refleksji tekst.

Jerzy Pilch

Jeszcze mocniejsze jest zakończenie, które potrafi zrobić naprawdę solidny bałagan w głowie. Autor stopniowo przechodzi tam metamorfozę. On i jego proza. Wynurzenia rozbuchanego samca, erotomana właściwie, przeistaczają się w wywody metafizyczne, które niejednego czytelnika mogą sprowadzić na manowce. Trzeba być Pilchem, żeby tak bawić się słowem i czytelnikami. Kto inny mógłby sobie pozwolić na taką brawurę, na taką odwagę? No właśnie. Mistrz jest jeden i dobrze, że jeszcze mu w głowie takie szalone pomysły.

Mam też jednak jeden zasadniczy problem z „Portretem”. Gdzie, do licha, podziała się ta słynna pilchowska fraza? Coś, dla czego czekało się na kolejne jego tomy, znak rozpoznawczy i cudowny wyróżnik. Mógłbym dostać teksty napisane przez kilkunastu autorów, a i tak wyłowiłbym wśród nich Pilcha. Teraz język trochę spowszedniał. Nie jest zły, broń boże! Ale jakby prostszy, jakby trochę bardziej przystępny. Czuć, że to Pilch, ale już inny. Zmienił się, czy może specjalnie chce sprawiać takie wrażenie? Trudno rozstrzygnąć. Jednak wciąż jest starym, dobrym gawędziarzem, potrafi snuć piękne rozważania o wszystkim i o niczym, by za chwilę przywalić między oczy zdaniem tak celnym, że dodawanie czegokolwiek byłoby bluźnierstwem. Wciąż też rozśmiesza, potrafi poważną teoretycznie sytuację obrócić w żart, sprowokować do śmiechu w najmniej oczywistym momencie. Mimo wszystko mam wrażenie, że to jedna z jego najmniej zabawnych książek.

Niezależnie od tego, czy jesteście psychofanami Jerzego Pilcha, czy jego twórczość była Wam dotychczas obca (oby nie!), to „Portret” powinien znaleźć się na Waszej półce. Po pierwsze, to Pilch, a Pilcha nie wypada nie mieć, a po drugie, to wciąż kawał pisarza, który nawet w tak krótkiej opowieści (niespełna 200 stron) potrafił zawrzeć całe tony mądrości życiowej. Must have!

DO SŁUCHANIA:

Mike Oldfield – Return to Ommadavn

Wydawać by się mogło, że muzyka Oldfielda pasuje do Pilcha jak pięść do nosa. Choć obaj są mistrzami w swoim fachu, to jednak Oldfield wyspecjalizował się w nieustannym powielaniu swoich najlepszych dzieł, rzadko oferując coś faktycznie nowego. Inżynier Mamoń z pewnością byłby dumny, ale czy reszta słuchaczy też?

„Ommadavn” to jedna z jego najbardziej znanych (obok „Tubular Bells”) płyt. I o ile kolejnych edycji „Tubular Bells” doczekaliśmy się już kilka, to „Ommadavn” była jakby zapomniana. Aż do teraz. Tak jak Pilch wrócił do swojej przeszłości, by napisać o niej książkę, tak Oldfield wraca do swoich korzeni i jednego z najlepszych dokonań. Po to, by zaserwować nam jeszcze raz to, co znamy i lubimy.

„Return to Ommadavn” to rzecz jasna nie jest kopia oryginalnego albumu. Powiedziałbym raczej, że jego twórcze rozwinięcie. Podobnie jak w oryginale, tu również mamy dwie 20-minutowe suity, dopasowane idealnie do wymogów płyty winylowej. Piękne brzmienia folk, magnetyczna, relaksująca muzyka. 40 minut mija jak mgnienie oka i chce się ją nastawiać jeszcze raz, i jeszcze. Choć pełno tu nawiązań do klasycznego „Ommadavn”, a niektórzy pewnie potraktują to jako autoplagiat, to jednak płyta zdecydowanie broni się jako samodzielne dzieło. Wnikliwy słuchacz doszuka się w niej elementów skłaniających do refleksji, kontemplacyjnych – czy to aby nie podobnie jak u Pilcha? 🙂

Jerzy Pilch, Portret młodej wenecjanki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

Mike Oldfield, Return to Ommadavn, Virgin EMI Records 2017.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.