fbpx
O. Tokarczuk – Prowadź swój pług przez kości umarłych RECENZJA
11 kwietnia, 2017
Premiery tygodnia. Odcinek 14 – 17-23 kwietnia
16 kwietnia, 2017

Powiedzieć o Johnie Coltrane, że to gigant jazzu, to tak naprawdę nie powiedzieć nic. To jedna z najważniejszych postaci w historii tej muzyki. Człowiek, który swoimi muzycznymi poszukiwaniami i eksperymentami wytyczał nowe ścieżki, którymi później podążali inni. Dlatego warto sięgnąć po wydaną właśnie książkę mu poświęconą – „Coltrane według Coltrane’a”.

Choć podobno nie lubił udzielać wywiadów, to w trakcie swojej kariery udzielił ich na tyle dużo, że wystarczyło to na książkę składającą się w zasadzie tylko z nich i z kilku artykułów poświęconych artyście. Zebrane i zredagowane przez Chrisa DeVito pokazują nam Coltrane’a od każdej strony. Aż dziw, że do tej pory żadne polskie wydawnictwo nie zainteresowało się tym tytułem, obecnym na rynku amerykańskim od blisko 7 lat. Na szczęście jest Kosmos Komos, które niestrudzenie popularyzuje w Polsce dobrą muzykę i jej twórców. Dzięki nim i dzięki Filipowi Łobodzińskiemu, który książkę przetłumaczył, kilka dni temu mogłem zabrać się do czytania.

John Coltrane

I przyznać trzeba na wstępie, że jest to lektura fascynująca. Choć materiały obejmują głównie lata największego rozkwitu kariery Coltrane’a (czyli lata 1958-66), to dowiadujemy się z nich tak naprawdę o całym życiu artysty. ‘Trane opowiada jak był wychowywany, w jakim środowisku dorastał i jak poświęcała się dla niego samotnie wychowująca go matka. Nie brakuje zwierzeń, świadectw własnych słabości (wieloletnie uzależnienie od heroiny). Szczególnie widoczne jest to w wywiadzie, którego udzielił niejako nieświadomie. Myśląc, że to luźna pogawędka i nie zauważając magnetofonu, artysta dzieli się wieloma przemyśleniami egzystencjalnymi i dotyczącymi ówczesnego środowiska jazzowego.

Miał o kim mówić, bo poznał właściwie wszystkich wielkich tego światka. Z Milesem Davisem nagrywał legendarny album „Kind of Blue”, jako jeden z pierwszych poznał się na talencie młodziutkiego Wayne’a Shortera. Sam dał się z kolei poznać jako ten, który jazz reformuje, unowocześnia i jednocześnie prowokuje do dyskusji o nim. Wiele się mówiło o pomysłach Coltrane’a, o jego podejściu do grania, sposobie wydobywania dźwięków i poszukiwaniach jak najlepszej formy ich wyrażenia. Wywołał dyskusję o tym, co jest jazzem, a co nie. Jak daleko mogą się posunąć twórcy, byśmy mogli nadal uznawać, że poruszają się w ramach danego gatunku. To wszystko jest doskonale widoczne w materiałach zebranych przez DeVito. Coltrane niejednokrotnie odpierał zarzuty dziennikarzy i słuchaczy, że jego gra jest niestandardowa. Jeden z dziennikarzy posługuje się wręcz przymiotnikami „nietenorowa, niepiękna, nie-cokolwiek-przyjdzie-do-głowy”. Ale o to właśnie chodziło, o sianie zamętu, wywołanie twórczego fermentu. W wywiadach widać, że tematy, które dziś nie budzą już żadnych kontrowersji, w latach 50. i 60. były kontrowersyjne jak diabli.

Żył Coltrane w niezwykle ciekawych dla jazzu czasach i sam się w nie doskonale wpisał. Jego epoka to czas ciągłych poszukiwań i rewolucji w muzyce i on sam też takim poszukującym rewolucjonistą się okazał. Burzył zastane schematy. Zasady, które dopiero co zostały przez środowisko przyjęte, on już odsyłał do lamusa. Gdy w jazzie królował bebop, on już sięgał dalej, budując podwaliny pod free-jazz, który wkrótce zawładnął światem. Jego rewolucyjność nie brała się jednak znikąd. W wielu rozmowach podkreślał, że czerpał skąd tylko mógł – słuchał muzyki doskonałej i tej trochę gorszej, bo w grze każdego muzyka mógł znaleźć coś, co pchnie go dalej, zainspiruje, czy rozwinie jego warsztat. Podobnie sam nie odmawiał grania w żadnych składach, nawet jeśli proponowana przez nie muzyka nie do końca mu odpowiadała. Szedł i grał, bo oprócz sposobności do zarobku zyskiwał też kolejne doświadczenia. W konsekwencji tego, wypracował swój własny, niepodrabialny styl, zwany potem „kotarami dźwięku” czy „galimatiasem melodycznym”. On sam dużo prościej definiował to, co robił:

Wiem, że chciałbym tworzyć muzykę piękną, taką, która daje ludziom dokładnie to, czego pragną. Taką, która podniesie ich na duchu, pozwoli im poczuć szczęście – na takich wartościach mi zależy

Z lektury książki wydaje się, że musiał być dość ciężkim rozmówcą. Choć niekiedy się otwierał i pozwalał sobie na więcej wynurzeń, to jednak nie była to standardowa sytuacja. Już na wstępie wielu dziennikarzy się go bało – wyglądał mało przyjemnie, niektórzy uważali wręcz, że zbirowato. Dopiero podczas rozmowy okazywało się, że jest przemiłym i kulturalnym gościem, który potrafi się po prostu doskonale kamuflować. Niektórzy opisywali jego twarz jako „wyrażającą emocje pomiędzy przygnębieniem a przygnębieniem”. Patrząc po zdjęciach, faktycznie coś w tym jest.

Zamiast rozmawiać, wolał grać. Po prostu. Na scenie był istnym tornadem, a gdy z niej schodził, nagle stawał się cichym, spokojnym facetem, który przysiadał gdzieś z boku i słuchał innych muzyków z lekkim uśmiechem na twarzy. To, co grał, traktował śmiertelnie poważnie, nie pozwalając sobie na żarty z muzyki. W przeciwieństwie chociażby do swojego mentora – Milesa Davisa, który czasem puszczał oko do słuchaczy. Ale może właśnie dzięki temu Coltrane był wyjątkowy. Nikt nie był w stanie go zatrzymać. Kroczył swoją drogą, wytyczając przy okazji ścieżki dla innych. Nie powstrzymały go ani nałogi (których ostatecznie się pozbył w latach 50.) ani obowiązujące konwenanse. Poległ dopiero w walce ze śmiertelną chorobą. Kto wie, dokąd by zaszedł, gdyby nie śmierć w wieku zaledwie 40 lat. Możemy się tylko domyślać.

Tym bardziej docenić należy wartość tej publikacji. Brawurowo przetłumaczona przez Filipa Łobodzińskiego daje nam wgląd w życie i twórczość Coltrane’a, jakiego do tej pory na polskim rynku nie było. Choć to zbiór wywiadów i artykułów, to zebranych i opracowanych w taki sposób, że czyta się to jak najlepszą biografię. To też niebywała gratka dla fanów jazzu, bo analizując składy, nagrania i koncerty, można zdobyć wiele fascynujących informacji. Kiedyś takie wywiady były dla wielu jedynym wręcz źródłem wiedzy o tym, co się dzieje w muzyce. Bronią się nawet dziś, gdy innych źródeł nie brakuje.

DO SŁUCHANIA:

John Coltrane – Blue Train

Jedna z flagowych płyt Coltrane’a, która stała się początkiem jego wielkiej kariery solowej. Doskonała muzycznie, wysmakowana i wyważona. Choć to czystej wody jazz, to myślę, że przekona też tych, którzy nie mają zbyt wiele wspólnego z tą muzyką. To po prostu kawał świetnej sztuki, której warto dać szansę niezależnie od preferencji. Tym, którzy dadzą się namówić, w drugiej kolejności proponuję płytę „A Love Supreme”, która jest szczytowym dokonaniem Coltrane’a z okresu free-jazzowego. To już wyższa szkoła jazdy, ale równie warta polecenia.

Ch. DeVito, Coltrane według Coltrane’a. Wywiady z Johnem Coltrane’em, Kosmos Kosmos, Warszawa 2017

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.