fbpx
Bob Dylan – pierwszy poeta rocka
Sierpień 19, 2018
Premiery miesiąca. Odcinek 13 – Wrzesień
Sierpień 30, 2018

Julian Barnes – Jedyna historia [RECENZJA]

Podobno każdy z nas ma do opowiedzenia tylko jedną historię – historię własnej miłości. Łatwe to nie jest, ale warto się uczyć od Juliana Barnesa, który w swojej najnowszej książce “Jedyna historia” potwierdza talent do opowiadania trudnych historii w prosty sposób.

Zaczyna się od niepokojąco banalnego “Wolelibyście kochać bardziej i bardziej cierpieć czy kochać mniej i mniej cierpieć?”, które niejednego czytelnika może zrazić. Jednak warto dać szansę kolejnym zdaniom i stronom. Barnes opowiada bowiem historię zakazanej miłości, która nie powinna się zdarzyć w małym miasteczku w latach 50. XX wieku, ale która mimo wszystko się dzieje. Wywraca do góry nogami nie tylko życie głównych bohaterów, ale i sporej części ich otoczenia.

Julian Barnes

Paul i Susan to w zasadzie dość typowa dla romansów para. Oboje są samotni, oboje znudzeni życiem i otoczeniem, dzieli ich 20 lat, ale łączy fakt, że są dla siebie nawzajem odskocznią od męczącej codzienności. Wywołują więc skandal, jakiego dawno nie było na spokojnych przedmieściach Londynu. Bulwersują swoje środowisko, bo nie dość, że się w sobie zakochali i łączy ich duża różnica wieku, to Susan jest jeszcze żoną i matką, która dla Paula zostawia rodzinę.

W skrócie wygląda to dość stereotypowo i na pierwszy rzut oka nie różni się od fabuły większości historii miłosnych. W tym jednak objawia się wielkość Barnesa, że nie idzie na łatwiznę i z tak prostej pozornie historii wyciska ostatnie soki. Wydaje się, że duża w tym zasługa specyficznego stylu autora, kultywowanego od czasu “Poczucia kresu”, a który zaprezentował również w niedawnym “Zgiełku czasu”. Maksymalnie skondensowane, zwarte historie, które nie pozostawiają miejsca na zbędne słowa i wątki to ostatnio znak rozpoznawczy Barnesa. I być może właśnie dzięki niemu opowiadania historia nabiera dodatkowych rumieńców – staje się konkretna. Niekiedy nawet za bardzo konkretna, bo momentami nie można się pozbyć wrażenia, że uczestniczymy w wykładzie o życiu i uczuciach, nieco tychże pozbawionym. Dydaktyczne pozy Barnesa nie przysłaniają na szczęście ogólnego wydźwięku książki, który oddaje tym uczuciom swego rodzaju hołd.

Barnes doskonale wie, że życie, a szczególnie życie w związku to nie jest droga usłana różami. Dlatego dość szybko odkrywa drugą stronę medalu. Od momentu kiedy jako autor wyrzuca Paula i Susan z klubu tenisowego, ich związek zaczyna się staczać. Nikt już potem nie jest w stanie tego kontrolować. Historia miłości staje się historią wzajemnego wyniszczania, którego nie można powstrzymać. Nawet najpiękniejsza miłość szybko musi zmierzyć się z brutalną codziennością. Dzieląca kochanków różnica wieku to tylko wierzchołek góry lodowej, pod którym skrywa się chociażby dramatyczne uzależnienie Susan od alkoholu. Wspólne życie to tak naprawdę szkoła życia dla nich obojga.

“Jedyna historia” ma tak naprawdę kilku bohaterów. Oprócz oczywistych, czyli Paula i Susan, o swoje upomina się też płomienna miłość i… pamięć. Jeśli spojrzeć na powieść pod tym kątem, to okaże się, że Barnes napisał nie tyle traktat o miłości, co odę do pamięci właśnie. Podobnie jak w przypadku miłości autor przywołuje różne odcienie pamięci. Od tych słodkich, niewinnych wspomnień po te trudne, bolesne, zostawiające w duszy duże blizny. Chociaż tak naprawdę możemy się zastanawiać, czy nawet te złe wspomnienia, są złe jednoznacznie. Barnes zdaje się stawiać przed czytelnikami takie właśnie pytanie. Czy trudna przeszłość może być jednocześnie piękna?

Pytań od autora do czytelników jest więcej. Co najważniejsze, Barnes nie sugeruje żadnej odpowiedzi. Pyta o kwestie fundamentalne, o relacje międzyludzkie i ich wartość, o wagę uczuć w życiu każdego z nas i ich wpływu na rzeczywistość. To, jakich czytelnicy udzielą odpowiedzi, zależy tylko od nich i tego, jak dany temat przepracują we własnej głowie. To duża siła tej prozy, bo wymaga namysłu, często złapania dystansu.

Niektórzy krytycy zarzucają Barnesowi, że stworzył w sumie przewidywalny traktat o miłości i dorastaniu. Dość oczywistą powieść inicjacyjną, w której na wierzch wypływają ograne już schematy. Mimo to “Jedyna historia” jest naprawdę przyjemną i satysfakcjonującą lekturą. W przeciwieństwie do wielu prostych historii miłosnych oprócz wzruszeń oferuje też dużo możliwości do zastanowienia się i przemyślenia wielu spraw. W połączeniu z nienagannym, oszczędnym stylem Barnesa daje to jedną z najlepszych książek o miłości, jakie ukazały się w ostatnich latach.

DO SŁUCHANIA:

Tom Grennan – Lighting Matches

Obok świetnej książki o miłości, oferuję Wam również świetną płytę poświęconą tejże w dużej części. Jej autor, Tom Grennan to debiutant, który zrobił furorę w zeszłym roku. Wtedy dał się poznać brytyjskiej publiczności. Dzięki wydanej niedawno “Lighting Matches” ma szansę zaistnieć w świadomości dużo większej publiki.

Jego album to wypadkowa kilku lat zbierania materiału. Utwory łączy styl, oparty na soulu i bluesie, podparty dużymi umiejętnościami songwriterskimi Grennana. Tom może się też pochwalić niezwykle charakterystycznym, rozpoznawalnym z daleka wokalem. To czyni jego debiut jeszcze ciekawszym. Warto dać się porwać tej muzyce.

J. Barnes, Jedyna historia, Świat Książki, Warszawa 2018.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *