fbpx
Premiery miesiąca – Odcinek 12 – Sierpień
Lipiec 31, 2018
Muzyka to nie wszystko, czyli o biografiach muzyków słów kilka
Sierpień 15, 2018

OFF Festival 2018 – relacja

Mój drugi wyjazd na OFF Festival stał się faktem! W zeszłym roku szyki pokrzyżowała mi choroba, ale udało się tym razem i 3 sierpnia wylądowałem w Katowicach

Już wejście do pociągu na stacji Warszawa Zachodnia mogło zwiastować, że wyjazd będzie bogaty we wrażenia nie tylko kulturalne. Szybko okazało się, że zamiast wagonu z przedziałami podłączony został wagon zupełnie inny, w którym oczywiście brakuje części sprzedanych miejsc. Pominę już szczegóły, ale cel osiągnąłem – usiadłem i dojechałem (w miarę) o czasie do Katowic, gdzie zaczynał się już OFF Festival.

A na miejscu nie było już czasu do stracenia! Trzeba było od razu ruszać w drogę, żeby złapać jak najwięcej dobra w piątkowy wieczór, bo działo się dużo! Na Scenie Leśniej szalała już Hańba!, za chwilę swoją płytę “Spokojnie” miał zagrać na głównej scenie Kult, a w Kawiarni Literackiej czekało już pierwsze spotkanie – o książkach kulinarnych. Trzeba było naprawdę się spiąć, żeby każde z tych miejsc odwiedzić choć na chwilę. Tym bardziej, że w kolejce czekały już kolejne wydarzenia – świetny, kameralny koncert dał Peter J. Birch, którego od lat uważam za najbardziej niedocenianego songwritera w Polsce, a który potrafi czarować na scenie jak mało kto. Trzeba mieć poczucie humoru, żeby przy 30 stopniach ciepła zagrać… “Last Christmas”. A on nie tylko zagrał, ale w dodatku przearanżował utwór tak, że czapki z pomponami pospadały kilku osobom. Na drugim końcu festiwalu, na scenie Leśnej, w tym czasie gospelowy popis dawał zespół The Como Mamas. Żałowałem, że Peter grał tak krótko, ale dzięki temu mogłem spokojnie iść ich posłuchać. I nie zawiodłem się tak jak w przypadku kolejnego wykonawcy czyli The Brian Jonestown Massacre. Niby wszystko tam było na miejscu, niby fajnie bujało, ale po kilku utworach nie miałem już ochoty ich dalej słuchać. Bardzo fajnie zaprezentowali się natomiast muzycy z The Mystery Light, którzy byli dla mnie dużym zaskoczeniem na plus.

Kawiarnia Literacka

W międzyczasie wybrałem się jeszcze do Kawiarni Literackiej na bardzo obiecujące spotkanie “Czasem piszę piosenki”, w którym wzięli udział m.in. Lech Janerka i Natalia Fiedorczuk. Słuchało się ich z przyjemnością, bo i mieli dużo do powiedzenia, ale tłok i zaduch spowodował, że ewakuowałem się nieco wcześniej. Nie były to niestety problemy jednorazowe, powtarzały się też w kolejnych dniach.

Ostatnim koncertem piątku był dla mnie występ artystki kryjącej się pod pseudonimem M.I.A. Poszedłem z czystej ciekawości, chcąc zobaczyć coś, czego nie tylko kompletnie nie znam, ale i nawet nie rozumiem. Zaopatrzony w nagrania i teledyski wiedziałem już, że nie jest to muzyka, która mnie porwie, ale chciałem na własne oczy zobaczyć o co ten szum. Tym bardziej, że artystka przedstawiana jest jako dość nietuzinkowa i odważna, a to akurat lubię. I pewnie posłuchałbym tego koncertu do końca, bo było to dość sprawne show, ale zwyczajnie… nie dawało się go słuchać. M.I.A. może i ma cięty język, może i jest postrachem tego i owego, ale śpiewać ni w ząb nie potrafi. Gdyby nie druga wokalistka, która dośpiewywała co trudniejsze dźwięki, występ uznałbym za całkowitą porażkę. No cóż, tak też bywa.

Sobotę zacząłem od solidnej dawki indie rocka, dzięki grupie Rolling Blackouts Coastal Fever. Bardzo przyjemnie wprowadzili mnie z powrotem w nastrój festiwalu i zapewnili dużo wrażeń. Do ich nagrań będę na pewno wracał. Jednak dwa koncerty, na które czekałem najbardziej, miały dopiero nadejść. Pierwszy z nich, Turbonegro, poprzedzony został ulewą, która zmusiła dużą część festiwalowiczów do schowania się pod namiotem Kawiarni Literackiej. Tam zaczynało się właśnie czytanie z akompaniamentem, a siły połączyli Zyta Rudzka i zespół Sorja Morja. Zapowiadało się super, wyszło niestety przeciętnie. Tłum ludzi niezainteresowanych wydarzeniem, a szukających jedynie schronienia przed deszczem spowodował, że ciężko się było skupić na głównych aktorach. Gwar rozmów nawet pod samą sceną skutecznie utrudniał odbiór.

Turbonegro

Na szczęście deszcz ustał dość szybko i mogłem udać się pod Scenę Miasta Muzyki by posłuchać norweskiego punka w wydaniu Turbonegro. Robiłem sobie duże nadzieje i nie rozczarowałem się ani trochę. Piekielnie energiczne, szalone granie, przyciągający wzrok image sceniczny, szalejąca pod sceną publiczność. Więcej mi nie było trzeba, zwłaszcza, że panowie okazali się niezwykle fotogeniczni.

Wydawać się mogło, że ciężko będzie to przebić. A tu niespodzianka! Adam Strug, którego bardzo chciałem posłuchać, ale po którym nie spodziewałem się wielkiego show, porwał publiczność Sceny Eksperymentalnej. Były tańce, były śpiewy, było tupanie i były wiwaty bez końca. Czy trzeba czegoś więcej? Nie sądzę. Strug pokazał, jak z muzyki pozornie trudniejszej, mniej popularnej, zrobić świetny koncert festiwalowy. Byłem pod dużym wrażeniem. Na koniec dnia wybrałem się jeszcze na słuchowisko oparte na “Złym” Leopolda Tyrmanda i na tym skończyłem sobotnią przygodę z Offem. Do Charlotte Gainsbourg niestety już nie dotrwałem.

Niedziela to wyścig z czasem i z… Tour de Pologne, które akurat tego dnia miało metę w Katowicach. To nieco utrudniło poruszanie się po mieście i zaburzyło kursowanie wielu linii komunikacji miejskiej. Po nieudanych poszukiwaniach właściwego przystanku wybrałem się na festiwal na piechotę, a w konsekwencji nie zdążyłem na spotkanie w Kawiarni Literackiej, na które najbardziej ostrzyłem sobie zęby – z Jakubem Żulczykiem i Magdaleną Grzebałkowską. Koncertowanie zacząłem od Ariel Pink. Zjawiska absolutnie fantastycznego i inspirującego. Jeśli o Turbonegro pisałem, że są fotogeniczni, to Ariel Pink i jego zespół zasługują na miano Turbofotogenicznych! Zrobiłem im tyle zdjęć, co żadnemu innemu wykonawcy. Dodawać nie muszę, że muzycznie też było bez zastrzeżeń.

Potem wydarzyło się coś, co wydarzyć się nie powinno. Dość przypadkowo trafiłem na koncert Big Freedia, czyli raperki i drag queen z Nowego Jorku. Rzecz, na którą w festiwalowej rozpisce nie zwróciłem za bardzo uwagi, a która okazała się jedną z najciekawszych pozycji wieczoru. Muzycznie nie było to jakoś szczególnie wysmakowane, raczej dość sprawne połączenie rapu i electro. Ale show, jakie na scenie zrobiła ekipa Big Freedia, na długo pozostanie w mojej pamięci. Jak mogłem zresztą usłyszeć dookoła, nie byłem jedynym zaskoczonym tym, co zobaczyłem. Po popisach Big Freedi przyszedł czas na Kapelę ze Wsi Warszawa, której energetycznym koncertem zakończyłem swoją przygodę z Off Festivalem 2018. To był piękny czas!

Kapela ze wsi Warszawa

PS. Oczywiście okazało się, że piątkowa przygoda w PKP była tylko przygrywką do tego, co wydarzyło się w poniedziałek. Tym razem wszystkie wagony były na swoim miejscu, ale dwie awarie trakcji na trasie przejazdu pociągu sprawiły, że w Warszawie byłem trzy godziny później, niż to wynikało z rozkładu. Mimo wszystko było warto 🙂

Największa niespodzianka: Zdecydowanie Adam Strug. To był pierwszy jego koncert, na którym byłem i nie spodziewałem się aż takiego czadu. Do pięknych niespodzianek mogę też zaliczyć The Mystery Light.

Największe rozczarowanie: Niestety, piszę to z bólem serca, ale Kawiarnia Literacka. Nie ze względów merytorycznych, bo program przygotowany przez Sylwię Chutnik był naprawdę ciekawy i większość spotkań zapowiadała się świetnie. Ciężko jednak było na nich wysiedzieć. Duchota, gwar ludzi z działającej na tyłach kawiarenki, słabe nagłośnienie, które powodowało, że w niektórych miejscach namiotu nie dało się usłyszeć o czym mówią goście – to moje najważniejsze zarzuty. Wydaje mi się, że warto by oddzielić część kawiarnianą od sceny nawet jakąś prowizoryczną ścianką, żeby osoby, które przyszły na kawę, nie zakłócały spotkań tym, którzy chcą po prostu posłuchać. Wtedy pewnie i nagłośnienie by wystarczyło.

Zobaczcie też krótkie wideo-podsumowanie festiwalu:

I galerię na Facebooku

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *