fbpx
Simon Reynolds – Retromania [RECENZJA]
Wrzesień 7, 2018
Premiery miesiąca. Odcinek 14 – Październik
Październik 7, 2018

George Saunders – Lincoln w Bardo [RECENZJA]

Książka, która na długo przed premierą prowokuje do dyskusji i wzbudza olbrzymie emocje, zasługuje na to, żeby przyjrzeć się jej ze szczególną uwagą. Gdy po premierze emocje nie tylko nie gasną, a spory osiągają nowy poziom, trzeba przyjąć, że mamy do czynienia z książką niezwykłą. “Lincoln w Bardo” George’a Saundersa z impetem wszedł na polski rynek.

Powieść Saundersa wzbudza wiele kontrowersji nie tylko u nas, ale w zasadzie w każdym kraju, w którym się pojawia. Nic dziwnego, bo nagrodzony Bookerem w 2017 roku “Lincoln w Bardo” to rzecz, którą albo się pokocha, albo z hukiem rzuci w kąt. Daleko jej do “zwykłej” powieści, a jeszcze dalej od bycia nijaką. Co to, to nie! Saunders stworzył powieść, wobec której trudno przejść obojętnie.

George Saunders

Czemu zawdzięcza ona swoją wyjątkowość? Zapewne kluczowe są tutaj dwa elementy – niecodzienna, inspirowana prawdziwymi wydarzeniami historia i nietuzinkowa budowa samej powieści, przypominająca nieco dramat. Trzeba mieć tupet i odwagę Saundersa, żeby jako tło fabularne wykorzystać nie tylko wojnę secesyjną w USA, ale także osobistą tragedię prezydenta Abrahama Lincolna. To właśnie wokół niego i jego zmarłego kilkuletniego syna osnuta jest cała opowieść. I zapewne nie byłoby w tym nic przesadnie szalonego, gdyby nie fakt, że Lincoln dwukrotnie odwiedza grób syna po to… by wyjąć jego małe ciało z grobu i przytulić je. Temu wszystkiemu towarzyszą cmentarne duchy, które oglądają ten spektakl, by wkrótce stać się jego czynnymi uczestnikami. To również duchy opowiadają nam tę historię.

Brak w niej klasycznego narratora, a całość podzielona jest na kwestie poszczególnych duchów. Przypomina to więc dramat, a nawet pokusić się można o stwierdzenie, że nim jest. Podczas lektury chyba nie będzie nikogo, komu nie przyjdzie do głowy olśniewająca myśl: “ejże, przecież to Dziady! Zrzyna z Mickiewicza Saunders jeden!”. Sęk w tym, że jak sam autor przyznaje, z  nikogo zrzynać nie miał zamiaru, a dopiero jeżdżąc z książką po świecie, dowiaduje się, że w zasadzie w każdym kraju występuje jakiś kanoniczny dramat, w którym wiodącą rolę grają duchy. Cóż, nie jest to najwyraźniej najoryginalniejsza koncepcja pod słońcem.

Gdy przyzwyczaimy się do konstrukcji książki i wyzwań, jakie ta konstrukcja niesie ze sobą wobec czytelnika, możemy w końcu docenić literacki kunszt Saundersa i historię, którą zbudował. A jest to przykład naprawdę ciekawej literatury o zwątpieniu, żałobie i niemożności pogodzenia się z losem. Cierpi Lincoln, który nie dość, że stracił ukochanego syna, to jeszcze nie może uwolnić myśli od trwającej wojny secesyjnej. Jest pełen wątpliwości co do swojego postępowania i decyzji, które podejmuje jako prezydent USA. Zdaje się, że obecność na cmentarzu, w pobliżu ukochanego syna z jednej strony przygnębia go jeszcze bardziej, ale z drugiej strony niesie jakiś dziwny rodzaj otuchy.

Ciekawa jest też postawa opowiadających tę historię duchów. Otóż jak się okazuje… nie do końca zdają sobie sprawę z sytuacji, w jakiej się znalazły. Nie jest zresztą powiedziane, czy tego nie wiedzą, czy nie chcą przyjąć do wiadomości. Wielu z nich wydaje się, że znaleźli się w jakimś “tymczasie”, dziwnym zawieszeniu i za chwilę np., obudzą się w szpitalu. Wszystko dlatego, że łączy je niegotowość na śmierć – zazwyczaj ginęły w niespodziewanych okolicznościach, zaskoczone tym, co się wydarzyło. Mamy nawet przypadek samobójcy, który w ostatniej chwili się rozmyślił – jego pech, że o kilka sekund za późno.

To pokazuje też, że choć tematyka jest dość ponura, by nie powiedzieć “grobowa”, to Saunders przemyca w swojej opowieści sporą dawkę humoru. Duchy są często postaciami tragikomicznymi, które w dodatku nie boją się wypowiadać zabawnych kwestii. Kilka z brzegu przykładów:

Z tymi słowami odlecieli, wypierdując ustami czystą tryadę durową

Niech nas pastor nie potępia, poprosił pan Reedy.Albo niech właśnie potępi, rzekła pani Reedy.Czujemy się wtedy wyuzdańsi, przyznał Matt Crutcher

Pułmroczne niepszespieczne lachociążne konty w załułkah

Pokohałam je

Tensknie za niemi. I takam gniewna.

W przytoczonych fragmentach widać nie tylko dużą dawkę humoru, ale też bardzo specyficzne podejście Saundersa do języka. Podejście to sprawiło mnóstwo problemów czytelnikom, ale i tłumaczom. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, jedni byli zachwyceni, a inni z rozpaczy walili głową w ścianę. Język jest pełen stylizacji, dziwnych bądź archaicznych zwrotów i przyznaję, może to odrzucić, szczególnie na początku. Wraz z kolejnymi stronami zaczyna jednak wciągać coraz bardziej i bardziej i po jakimś czasie przestałem zwracać na to uwagę. A jeśli coś zauważałem, to tylko w pozytywnym kontekście, kiedy mogłem docenić np. udaną grę słowną albo dowcip sytuacyjny wzmocniony za pomocą trików językowych.

Trzeba więc bardzo docenić pracę, jaką wykonał polski tłumacz powieści – Michał Kłobukowski. Choć wokół tego przekładu pojawiło się mnóstwo kontrowersji, to moim zdaniem jest on po prostu bez zarzutu. Niektórzy krytycy zarzucali Kłobukowskiemu np. nadmierne archaizowanie i silenie się na przesadną oryginalność. Ciężko się do tych zarzutów odnieść, nie znając oryginalnego tekstu. Jednak są głosy, jak choćby ten Natalii Szostak z Gazety Wyborczej i Krótkiej Przerwy, która próbowała się zmierzyć z tekstem angielskim i poległa, odrzucona właśnie zbytnią hermetycznością i stylizacją tekstu. Śmiem więc twierdzić, że Kłobukowski zrobił to, co do niego należało. Utrzymał charakterystyczny styl Saundersa, osadził go w polskim kontekście i okrasił humorem tam, gdzie to było potrzebne.

Mamy do czynienia z książką bardzo kontrowersyjną, niełatwą w odbiorze, ale jednocześnie fascynującą i intrygującą. Z całą pewnością jest to jedna z najlepszych premier tej jesieni w Polsce. Nieoczywista, zabawna i jednocześnie tragicznie smutna, pokazująca dramat ludzkiego życia i wyborów, przed jakimi stoimy. Co tu dużo mówić – to trzeba samemu przeżyć!

DO SŁUCHANIA:

BIFF – Legendy

Długo wyczekiwana (ukazująca się po pięciu latach fonograficznej posuchy w zespole) nowa płyta zespołu BIFF. Powstała jako swego rodzaju pokłosie spektaklu o tym samym tytule, a do którego ścieżkę dźwiękową przygotowywał właśnie BIFF. W warstwie tekstowej to w dużej mierze zestaw miejskich legend o Śląsku.

Muzycznie “Legendy” to wycieczka do bardzo zróżnicowanych krain. Za sprawą BIFFa przeniesiemy się i do krainy indie rocka i do świata punku, po drodze zahaczając jeszcze o piękne elementy postrockowe. Coś dla siebie znajdą też miłośnicy kilku jeszcze gatunków – to już jednak musicie sprawdzić sami. Warto, bardzo warto. I w dodatku pięknie się to komponuje ze zróżnicowanym charakterem saundersowskich postaci!

G. Saunders, Lincoln w Bardo, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *