fbpx
Premiery miesiąca. Odcinek 13 – Wrzesień
Sierpień 30, 2018
George Saunders – Lincoln w Bardo [RECENZJA]
Wrzesień 22, 2018

Simon Reynolds – Retromania [RECENZJA]

Kiedyś to były czasy! Wszystko już było! Świat zmierza donikąd! Znacie te narzekania?  Okazuje się, że z takiego narzekania może wyniknąć fascynująca teoria i nie mniej fascynująca książka. Oto i ona –  “Retromania” Simona Reynoldsa.

Simon Reynolds

Retromania, tytułowe zjawisko, zaproponowane przez Reynoldsa w kontekście muzyki popularnej, to nic innego jak tęsknota za dokonaniami poprzednich epok. Idealizowanie muzycznych wynalazków lat 60. i 70. i odnoszenie do nich aktualnych dokonań rynku muzycznego. O takich tendencjach pisało się i mówiło już wcześniej, jednak to właśnie Reynolds nazwał je i nadał im popularno-naukowy sznyt. Autor udowadnia tym samym, że w muzyce popularnej widzieliśmy i słyszeliśmy już w zasadzie wszystko. Nowości to tylko mniej lub bardziej udane przetwarzanie rzeczy już doskonale znanych.

Być może było mu łatwiej skierować myśli na takie tory, bo sam jest z pokolenia, które gwałtownych zmian w popkulturze doświadczyło jak niewiele innych. Autor, urodzony w latach 60., dorastał w czasach, kiedy nowe nurty muzyczne i nowe pomysły w sztuce pączkowały jak szalone. Wydawało się, że tak będzie już zawsze. Tymczasem w latach 90. zaczęło się wielkie hamowanie, z którego według Reynolda nie otrząsnęliśmy się do dzisiaj.

Książka “Retromania” to wynik jego przemyśleń i badań, które doprowadziły go do przedstawionych wyżej wniosków. Opowiadając historię muzyki popularnej, Reynolds pokazuje, jak mało innowacyjna jest ona obecnie. To trochę takie typowe marudzenie, że “kiedyś to było lepiej”. Poparte jest jednak solidną wiedzą. Dlatego czyta się to tak przyjemnie. Zwłaszcza, jeśli uświadomimy sobie ile faktów, niezwykłych anegdot i niemalże encyklopedycznej wiedzy zmieścił w swojej pracy autor. Wiedza Reynolda nie wynika tylko z faktu wieloletniej pracy jako dziennikarz muzyczny, ale z faktu, że sam przyznaje się do bycia ofiarą retromanii. Podobnie jak wiele opisywanych przez niego osób, tak samo odczuwa rozczarowanie współczesną muzyką i tak samo dał się porwać kompulsywnemu kolekcjonowaniu nagrań mp3, kiedy stało się to modne.

To zresztą chyba jeden z głównych powodów, dla których “Retromania” stała się takim sukcesem. Wzbudza emocje, jak najlepiej skonstruowana powieść. Na zmianę śmieszy, fascynuje i irytuje, a wszystko dlatego, że na dobrą sprawę opowiada o każdym, kto nazywa siebie miłośnikiem popkultury. Natrętne zbieractwo, odkopywanie archiwalnych nagrań, fascynacja jakimiś zjawiskiem z przeszłości – kto z nas tego nie przeżył? Dlatego tym bardziej bolesne bywa uświadomienie sobie, co tu dużo mówić, bezsensu takich działań.

Można więc śmiało założyć, że autor wie o czym pisze, bo i wywód logiczny i myśli błyskotliwe i czytelnik pochłania to całym sobą. Nie jest to jednak pozycja doskonała, o czym przekonać się możemy co i rusz, na kolejnych kartach książki. Chociażby, jak trafnie zauważył Rafał Księżyk, Reynolds skupił się w swoich rozważaniach tylko na muzyce pop w wydaniu anglosaskim. Nie jest więc zorientowany w takich zjawiskach jak np. absolutnie fascynujący polski yass, który też niby czerpie garściami z przeszłości, ale kreatywności i wkładu w muzykę, nie sposób mu odmówić.

Bywa też Reynolds momentami nieco chaotyczny. Wprowadza niekiedy na raz zbyt dużo wątków, próbując poprowadzić błyskotliwe paralele między nimi. Kilkakrotnie miałem wrażenie lekkiego “zakałapućkania”, ale ostatecznie zawsze był w stanie jakoś z tego wybrnąć. Nieco przeszkadzały mi też porozrzucane tu i ówdzie “notatki” na dolnych marginesach stron – teoretycznie uzupełniające wiedzę z głównej części rozdziału, a w praktyce wprowadzające nieco zamieszania. Są na tyle długie, że żeby przeczytać je od początku do końca trzeba albo przerywać czytanie rozdziału i kartkować książkę od nowa, albo wręcz czytać je osobno. Wtedy istnieje ryzyko, że nie będziemy już dokładnie pamiętali, do którego wątku się odnosiły.

Mimo kilku zauważalnych wad pozycji Reynoldsa, nie można jej odmówić jednego – to doskonałe kompedium popkulturowe. Przedstawia mnóstwo fascynujących zjawisk i trendów w muzyce, o których często albo się nie wie, albo się ich po prostu nie zauważa. Dorzuca do tego sporo ciekawych wykonawców i skłania do przemyśleń nad własnym uczestnictwem w kulturze. A o to chyba przede wszystkim chodziło!

PS. Pamiętać należy, że polski przekład książki zawdzięczamy Filipowi Łobodzińskiemu. Ukłony za świetną pracę!

DO SŁUCHANIA:

The Beatles – Love

Płyta “Love” to piękny przykład na to, jak działa retromania. Nie jest to kolejna składankowa płyta liverpoolskiej czwórki, tylko próba zdefiniowania ich muzyki od nowa.

Legendarny producent nagrań The Beatles, George Martin, przy pomocy swojego syna Gilesa, zmiksował muzykę Beatlesów raz jeszcze. Nie zrobił jednak tego, czego można by się w takiej sytuacji spodziewać, czyli nie poprawił po prostu ścieżek, nie przygotował ich tak, by spełniały współczesne normy. To zrobił Giles kilka lat później już pojedynkę. Na “Love” mamy natomiast do czynienia tak naprawdę z nowymi utworami, powstałymi na bazie fragmentów innych utworów. Połączone w jedno “Blackbird” i “Yesterday” czy “Lady Madonna” wsparta gitarowym riffem z “Hey Bulldog” to tylko pierwsze z brzegu przykłady. Pierwsze odsłuchanie płyty może być trudne dla osób osłuchanych w pierwotnych wersjach, ostrzegam!

Żeby było ciekawiej, aranżacje te powstały na potrzeby… widowiska cyrkowego Cirque du Soleil inspirowanego twórczością The Beatles. Posłuchajcie sami!

S. Reynolds, Retromania. Jak popkultura zjada własny ogon, Kosmos Kosmos, Warszawa 2018.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *