fbpx
Arnon Grunberg – Tirza [RECENZJA]
Październik 8, 2018
Premiery miesiąca. Odcinek 15 – Listopad
Listopad 2, 2018

Johanna Holmström – Wyspa dusz [RECENZJA]

Jeśli szpital psychiatryczny jest jedynym miejscem, gdzie można się poczuć sobą i być bezpiecznym, to niekoniecznie dobrze świadczy to o świecie jaki zbudowaliśmy. “Wyspa dusz” Johanny Holmström to wyrzut sumienia współczesnego społeczeństwa i próba zwrócenia uwagi na niebezpieczny kierunek, w jakim zmierzamy jako ludzie.

wyspa, na której niegdyś rezydowali trędowaci, jest niemal całkiem naga

Choć Kristinę i Elli różni kilkudziesięcioletnia różnica wieku, to połączyła je bezludna niemal wyspa, Seili w Finlandii. Zlokalizowany tam szpital dla psychicznie chorych kobiet to miejsce przerażające i przerażająco smutne. Trafiają tam nie tylko osoby o zaburzonej psychice. Wśród pacjentek są też kobiety całkowicie zdrowe, ale mające problem z funkcjonowaniem wśród innych ludzi, uznane za powszechnie nieprzydatne. W obu przypadkach, i  wśród chorych i zdrowych, nie widziano dla nich innego ratunku niż zesłanie do samotnego domu na wyspie. Kristina i Elli to właśnie takie skrajne przypadki pacjentek, jakie przedstawia nam autorka.

Johanna Holmström

Kristina w chwili słabości i napadzie dzikiej manii utopiła swoje dzieci, natomiast Elli wplątała się w niebezpieczne historie związane ze swoim szalonym dość chłopakiem. W obu przypadkach uznano (rodzina, otoczenie, ksiądz), że szpital psychiatryczny będzie dla nich lepszym miejscem niż więzienie czy próba ponownej socjalizacji. I tu zaczynają się schody. Bo szpital, choć może wydawać się ostoją i spokojną przystanią dla kobiet z problemami, tak naprawdę daleki jest od miejsca spokojnego.

Szczególną uwagę zwraca sposób, w jaki pacjentki są leczone. Momentami ma się wrażenie czytania opisu tortur, a nie kuracji. Są sytuacje, gdy “Lot nad kukułczym gniazdem” wydaje się opisem idylli. Nie bez powodu wśród skojarzeń pojawia się też “Góra Tajget” Anny Dziewit-Meller. Na dokładkę autorka serwuje nam bardzo przekonujący opis stanów depresyjnych, który u niejednego spowoduje ciarki. Albo dobrze odrobiła lekcję, albo miała z tą chorobą styczność – innej możliwości nie ma.

W powieści Holmström na pierwszy plan wybija się też konstatacja, że tak zwany “normalny świat” odrzuca zło i wynaturzenie, stara się go nie dostrzegać, a jego sprawców możliwie jak najlepiej izolować. Jakiekolwiek odchylenia od normy, nawet spowodowane traumami i chorobami, traktowane są jako coś złego. Tylko wyspa Seili daje tym “innym” przestrzeń do bycia sobą i jakiegokolwiek radzenia sobie z własnymi problemami. Tym bardziej, że te kobiety, powszechnie uznane za społecznie nieprzydatne i jednoznacznie skreślone, mają dużo bardziej złożone życie i psychikę niż komukolwiek mogło się to wydawać. Autorka daje nam do zrozumienia, że podstawą do zrozumienia potrzeb i problemów ich, ale i każdego z nas, potrzebna jest rozmowa i umiejętność słuchania.

Pamiętać należy o specyficznej budowie książki, wymuszającej konkretne rozwiązania narracyjne. Akcja toczy się na przestrzeni kilkudziesięciu lat, a powieść liczy sobie niespełna 450 stron. Żeby nie zanudzić czytelnika i nie przytłoczyć go zbytnio, autorka podzieliła powieść na kilka części, opowiadających o Kristinie i Elli, oraz o spajającej całość postaci pielęgniarki. Zaczynamy poznawać historię w 1891 roku, kończymy w 1936, u progu II Wojny Światowej. I niby wszystko jest ok, poznajemy dzięki temu kawał historii w niemal telegraficznym skrócie, ale… ma się wrażenie, że skreślenie kilku zdań tu i tam wcale by książce nie zaszkodziło!

Jeśli jest coś, co utrudniało mi odbiór tej ciekawej w gruncie rzeczy historii, to pewnie na pierwszym miejscu wskazałbym pojawiające się czasem dłużyzny. Zapewne takie fragmenty jak ten poniżej znajdą swoich amatorów, ale dla mnie było to odrobinę zbyt wiele:

Minęła kolejna zima, wiosna nadeszła jak zawsze znienacka.[…] Do ludzi i zwierząt dociera, że nawet nie pamiętają ciemnego półrocza, tak szybko przyzwyczajają się do światła, coś od samego świtu puka w okno, wróciły ptaki, jakby nigdy stąd nie odlatywały, zostawiając ludzi na pastwę losu w tym chłodzie, a teraz śpiewają tak zapalczywie i stanowczo, że wszyscy im wybaczają

Mam też do autorki nieco pretensji, że poszczególne części nie łączą się ze sobą tak, jakby można było tego oczekiwać. Naturalnie, są między nimi zależności, wyznaczane przez miejsce i przewijające się postaci, jednak czegoś mi tam brakowało. O ile pierwszą historię, Kristine, czytałem z zapartym tchem, to potem gdzieś zeszło ciśnienie i nie potrafiłem już tak zaangażować się w losy bohaterów. Przy lekturze “Wyspy dusz” przechodziłem od bardzo pozytywnego zaskoczenia do lekkiego rozczarowania, bo zabrakło też wyrazistej puenty, konkretnej kropki nad “i”. Oczywiście, to znowu moje subiektywne odczucia, bo zapewne wielu czytelnikom taka forma w zupełności wystarczy. Sam często lubię pewne niedopowiedzenia i zakończenia tu i tam otwarte. W tym przypadku chciałem jednak mieć trochę więcej konkretu.

Nie da się ukryć, że “Wyspa dusz” Johanny Holmström nie pozostawiła mnie obojętnym. Sprawiła, że od zachwytów nad formą i treścią przeszedłem do uczucia lekkiego niedosytu. Spowodowane ono było nieco innymi oczekiwaniami dotyczącymi rozwoju historii. Autorka poszła jednak w inną stronę i nie mogę mieć o to do niej wielkich pretensji. Zwłaszcza, że przekaz, jaki kieruje do nas Holmström jest naprawdę mocny.

DO SŁUCHANIA:

The End – Svårmod Och Vemod Är Vardesinnen

Skandynawską powieść postanowiłem okrasić skandynawską muzyką. Przyszło mi to tym łatwiej, że trafiłem na premierowe nagranie supergrupy The End, w skład której wchodzi m.in. Mats Gustafsson.

Prezentowana przez The End muzyka to nie jest materiał lekki, łatwy i przyjemny, zupełnie jak proza Holmström. Już zerkając na okładkę można się zorientować, że ta muzyka na pewno nie będzie opowiadała o kwitnącej łące. I faktycznie – jest ciężko, przytłaczająco i momentami odlotowo. Pojawiają się nawet wokalizy, które pewnie niejeden pomyliłby z popisami Yoko Ono! O dziwo, tutaj sprawdzają się całkiem nieźle.

Warto sprawdzić tę muzykę, zwłaszcza jeśli chcecie poczuć jeszcze mocniej, co Johanna Holmström chce nam powiedzieć!

J. Holmström, Wyspa dusz, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2018.

 

4 Komentarze

  1. Okruchy Kultury napisał(a):

    Mnie się bardzo podobała – ale to już napisałam u siebie. Myślę, że taki już urok literatury skandynawskiej – nieco rozwlekłe opisy, które w wypadku tej powieści stworzyły dla mnie świetny klimat i pozwoliły wczuć się w tekst. Prawda – przejście do Elli trochę zbyt gwałtowne, zbyt nieoczekiwane, podobnie jak wplecenie w to historii Sigrid. “Wyspa Dusz” była jednak dla mnie miłą odmianą od całkiem miałkich pozycji, jakie ostatnio czytałam. Nic mi się na rynku wydawniczym nie podoba ostatnimi czasy i straszliwie marudzę.

    • Paweł Cybulski napisał(a):

      A czytałaś “Niewidzialnych” Roya Jacobsena? To też jest piękna, niespieszna, skandynawska książka. Autor buduje tam taki klimat, że nie ma pytań 🙂

      • Okruchy Kultury napisał(a):

        Nie, bo widzisz – ja za Skandynawów zabrałam się dopiero niedawno i nie od tej strony, co trzeba. Wezmę i przeczytam, jak się trochę odkopię, albo wybiorę na urlop. Czytałam natomiast o samej książce i wiem, że mi się spodoba.
        Czytałeś może “Niebo i piekło” Jóna Kalmana Stefánssona? To już Islandia, w dodatku – część otwierająca oniryczną trylogię – książka mnie oczarowała.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *