fbpx
Mann_opowieść o moim ojcu
Wojciech Mann – Artysta. Opowieść o moim ojcu [RECENZJA]
Grudzień 2, 2018
Książki pod choinkę
Książki pod choinkę. TOP 10 tytułów z 2018 roku
Grudzień 10, 2018

Książki, których nie przeczytałem

Książki, których nie przeczytałem

To jest historia o książkach. I o ich nieczytaniu. Czy też, żeby być precyzyjnym, o niemożności przeczytania wszystkiego, co by się chciało. Tak się bowiem składa, że co roku układa mi się w głowie i na półce tak zwany “stosik wstydu”. Czyli książki, które bardzo przeczytać chciałem i chcę, ale przegrywają z okolicznościami.

Żeby nie pisać za dużo, pozwólcie, że skupię się jedynie na stosiku tegorocznym. Na samym jego szczycie są, o czym wnikliwi czytelnicy wiedzą już po tytule i wstępie tego tekstu, “Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcina Wichy. Rzecz wydawałoby się już absolutnie klasyczna i z którą każdy szanujący się bloger powinien się zaznajomić. Cóż, mam tę okropną ponoć cechę, że jestem osobnikiem przekornym. Z reguły więc staram się nie lecieć tam, gdzie lecą wszyscy, a już na pewno nie w tym samym momencie. Dlatego czasem kończy się to tak, jak z książką Wichy, która ewidentnie jest zbyt dobra! Co miałem sobie ją kupić, tudzież nawet pożyczyć od kogoś, to dostawał znowu jakąś nagrodę, jakieś wyróżnienie. Znowu szum się robił, znowu Wicha na językach wszystkich, a ja znowu odkładałem to na później. I tak się jakoś zeszło, że do tej pory znam z jego książki tylko pierwszy akapit, który ktoś mi gdzieś podesłał.

Są też książki, na które mocno nastawiałem się w momencie zapowiedzi, już planowałem kiedy o nich napiszę teksty, jak tu by można je ciekawie ugryźć. Tymczasem ostatecznie nigdy tych książek nie ujrzałem na oczy. Nie zamówiłem, nie wypożyczyłem, nie kupiłem – mój kontakt z nimi skończył się na przeczytaniu wydawniczej zapowiedzi. Dlaczego tak się stało? Nie mam bladego pojęcia, przyznaję bez bicia. Może ostatecznie zabrakło motywacji, może przytłoczyły mnie inne lektury i odkładałem to na później? Szczerze mówiąc nie wiem, nie pamiętam nawet. Pamiętam tylko, że była wśród nich rzecz tak ciekawie się zapowiadająca jak “Zając o bursztynowych oczach” Edmunda De Walla.

Jest też kategoria książek, na które w momencie, kiedy się ukazywały, nie miałem zwyczajnie siły. Ich tematyka wydawała mi się na dany moment zbyt trudna, przytłaczająca, dołująca. Owszem, lubię się czasem sponiewierać książką, dać sobie dużo do myślenia i przeżywać jakiś tytuł naprawdę długo. Ale nie zawsze. Czasem trudny temat wymaga spokojnej głowy, odrobiny więcej czasu, żeby wszystko sobie na spokojnie ułożyć. I gdy tego czasu i sił chwilowo brakowało, książka trafiała na półkę. Ten los spotkał m.in. świetną podobno “Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim” czy “Księgę wyjścia” Mikołaja Grynberga. O tę drugą zwłaszcza mam do siebie duże pretensje. Poprzednia książka Grynberga, czyli “Rejwach” zrobiła w mojej głowie dużo dobrego, sprowokowała wiele ważnych myśli. Do tego stopnia była dla mnie lekturą wymagającą i obciążającą, że po przeczytaniu nie wiedziałem jak podzielić się wrażeniami z wami – czytelnikami bloga. Zbyt dużo myśli kłębiło się w głowie. I tak “Księga wyjścia” czeka na lepszy czas.

Jest też wreszcie kategoria książek najbardziej liczna, rosnąca z powodów najbardziej prozaicznych, wśród których prym wiedzie najzwyklejszy brak czasu. Chociaż staram się czytać regularnie, chociaż staram się poświęcać książkom jak najwięcej swojego wolnego czasu, to i tak zawsze jakiś tytuł będzie pokrzywdzony. Zaczęty i odłożony na półkę na weekend, a do którego już nie zdążyłem wrócić. Gruby tom, którego nie mogę nosić ze sobą i który ciągle przegrywa z książkami bardziej poręcznymi. Albo też taki, do którego nieco zniechęciłem się pod wpływem opinii innych i który przesunął się trochę niżej na liście “do przeczytania”. Przez cały rok uzbierało się tych książek kilka, choć i tak mam wrażenie, że nie jest to jeszcze jakiś zestaw, którego nie da się przeczytać w najbliższym czasie. A przynajmniej tak się łudzę. Chcecie wiedzieć, co tam znajdziemy? Proszę bardzo. Jest i “Królestwo” Twardocha i “Życie. Sposób użycia” Mariana Pilota i “Vernon Subutex 3” Virginie Despentes, a więc książki bardzo różne. Są tam też eseje Zadie Smith z tomu “Widzi mi się” czy powieść Krzysztofa Vargi “Sonnenberg”.

To ciekawe, bo z jednej strony boleję nad tym, ile rzeczy, na których mi zależało, jeszcze nie przeczytałem, a z drugiej cieszę się, ile dobrego (oby!) jeszcze przede mną. Od której książki radzilibyście mi zacząć redukcję “stosiku wstydu”? A może też macie takie stosiki? Chętnie dołożę od Was coś do swojego!

2 Komentarze

  1. Proszę Cię, tylko nie “stos wstydu”… Jak ja nie lubię tego określenia. Nie przeczytałeś tych książek, bo czytałeś inne. Czytanie to też sztuka wyboru, w końcu doba ma 24h, a bycie “na bieżąco” i nadążanie za nowościami to dość szkodliwe mity, które tylko rodzą presję. Poza tym, jeśli książka jest dobra, to spokojnie poczeka i nic jej się nie stanie, czytelnikowi tym bardziej nie. Rozumiem za to uczucie czytelniczego zniechęcenia, gdy jakaś książka wyskakuje nawet z lodówki – często mam podobnie.

    • Paweł Cybulski pisze:

      Oj droczę się trochę, z przymrużeniem oka stosuję ten termin 🙂 Wiadomo, że mając -dzieści/-dziesiąt książek rocznie na koncie nie ma co się wstydzić, że się nie przeczytało pięciu kolejnych. Ale jednak trochę żal. Już tak mam, że zawsze chciałbym lepiej 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *