fbpx
Sorokin Maranaga
Władimir Sorokin – Manaraga [RECENZJA]
Styczeń 13, 2019
premiery miesiąca
Premiery miesiąca. Odcinek 17 – Luty
Styczeń 31, 2019

Max Blecher – Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny [RECENZJA]

max blecher - rozświetlona jama

Bardzo, oj bardzo lubię takie sytuacje, kiedy zupełnie niespodziewanie odkrywam książkę, którą powinienem znać od dawna, ale nie znałem. Czy to z powodu braku czasu, czy z powodu niewiedzy czy też zwykłej ignorancji. Często są to też książki, które dawno nie były wznawiane i w związku z tym trudno im się przebić do czytelniczej świadomości. Są też książki, które choć świetne, przez dziesiątki lat nie trafiły na polskie półki. Tak właśnie było z rumuńskim pisarzem Maxem Blecherem i jego „Rozświetloną jamą. Dziennikiem sanatoryjnym”.

Na szczęście są jeszcze wydawnictwa jak Książkowe Klimaty, które nie boją się wypuścić takiej książki na rynek, w dodatku robiąc to w okresie przedświątecznym, czyli wtedy, gdy premier jest zatrzęsienie. Trzeba mieć naprawdę dużą odwagę i pewność co do swoich wyborów, żeby premierą końca roku uczynić książkę wydaną pierwotnie w 1947 roku i od tamtego czasu polskim czytelnikom nieznaną.

Znaczenie chwili? Pozwólcie, że parsknę śmiechem. Chwile naszego życia znaczą tyle, co garść popiołu.

„Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny” to ostatnia książka Blechera, wydana na podstawie notatek i rękopisów już po jego śmierci. Śmierci dramatycznej i okrutnie przedwczesnej. W chwili śmierci, w 1938 roku, Blecher miał ledwie 28 lat. Kilka ostatnich lat jego życia naznaczonych było nieuleczalną chorobą, gruźlicą kręgosłupa, która przykuła go do łóżka, ale jednocześnie zmobilizowała do pisania. „Dziennik sanatoryjny” to zapis jego pobytów w sanatoriach i próba opowieści o tym, jak zmagać się z czymś tak podłym, jak dokonujący się systematycznie, powoli, wyrok śmierci.

Przeżywać czy śnić jakieś zdarzenie to jedno i to samo, a prawdziwe życie powszednie jest równie oszałamiające i dziwne, jak to ze snu.

Jest to dziennik nieoczywisty, oniryczny, bardzo intelektualny i filozoficzny. To też na starcie spowoduje zapewne, że wielu czytelników odpuści, myśląc sobie, że to nie dla nich. Za trudne, za skomplikowane, zbyt pokręcone. Ci, którzy mimo wszystko zanurzą się w świecie Blechera, rozczarowani nie będą. Rzeczywiście jest trudno, i ze względu na zaproponowaną przez autora formę, jak i tematykę, ale ze wszech miar warto. Dostajemy do ręki niewielkie, skondensowane studium cierpienia i radzenia sobie z chorobą. Studium, które poddaje w wątpliwość ludzką umiejętność odróżniania jawy od snu. Blecher wielokrotnie opisuje swoje przeżycia senne, płynnie wtapiając je w prawdziwe wydarzenia. Albo odwrotnie, bo tak naprawdę nigdy nie wiadomo, czy jesteśmy tu, czy tam. Czy śnimy, czy widzimy rzeczywistość. A może jedno nie różni się od drugiego, zwłaszcza jeśli przyjmujemy silne leki?

Dziennik Blechera to też zapis spotkań z wieloma osobami spotkanymi po drodze, na „sanatoryjnym szlaku”. Najpiękniejsze, ale zarazem najbardziej wzruszające i przerażające zarazem jest to, że każdy z nich, mimo świadomości nieuniknionej śmierci, ma jakieś plany, marzenia. Tak jakby nie dopuszczał do siebie myśli, że stopniowo, ale szybciej niż większość ludzi, gaśnie. Że trzeba zamykać swoje sprawy, a nie otwierać nowe. Każdy z takich portretów kończy stwierdzenie Blechera, że „ten zmarł wtedy i wtedy”. Śmierć nie chciała poczekać, aż zrealizuje swoje plany.

W gruncie rzeczy istotą rzeczywistości jest rozległe pomieszanie różnorodności bez sensu i bez znaczenia.

W tym momencie  uświadomiłem sobie jedno – że to książka szalenie uniwersalna. Bo czy nie wszyscy lubimy oszukiwać siebie samych odnośnie swoich chorób? Czy nie wolimy karmić najbliższych tylko dobrymi wiadomościami, starannie ukrywając te mniej optymistyczne rokowania? Czy nie staramy się ukrywać swoich lęków przed otoczeniem? Czy nie próbujemy im publicznie zaprzeczać i udawać, że to nas nie dotyczy? Że wcale nie jesteśmy tutaj tylko na chwilę? W przeciwieństwie do wielu innych twórców, Blecher nie próbuje nam wmawiać, że cierpienie uszlachetnia. W jego oczach jest za to jednym z najbardziej demokratycznych, równościowych doświadczeń. Choroba może dotknąć każdego i dla każdego będzie równie zaskakująca.

Gdy okrzepniemy już nieco w świecie Blechera, zgłębimy jego metodę obserwacji i metodę na zabicie czasu jednocześnie, zrozumiemy, że tak naprawdę rola obserwatora bardzo go uwierała. To nie było coś, o czym marzył. Chciałby zapewne robić coś innego, być może lepszego, ale los sprawił, że przykuty do łóżka mógł tylko patrzeć i słuchać, a swoje obserwacje zapisywać, dając jednocześnie upust swojej nieogarnionej fantazji. Nie przypuszczał pewnie, że tworzy w ten sposób prozę, która będzie w stanie „wgryźć” się głęboko w świadomość czytelnika i zmienić jego sposób myślenia na pewne sprawy. Sporo też w tej książce poetyckiego uroku, ale przecież nie powinno to dziwić, bo gdy Blecher zajął się już pisaniem na dobre, to tworzył też świetne wiersze. Może dlatego „Rozświetlona jama…” jest tak przejmująca i tak nierzeczywista zarazem.

Na czym polega więc doniosłość chwili? […] Czym różni się chwila, w której umiera człowiek, od innych, w których zdarzają się tylko błahe i proste fakty?

Jak zauważył we wstępie do książki Grzegorz Jankowicz: „Choroba nie wyrwała Maxa z rzeczywistości, lecz go w niej unieruchomiła”. To pozwoliło mu na doskonałe, pełne wyczucia ale i pewnego humoru, poradzenie sobie ze swoją sytuacją. Mając świadomość, że powoli gaśnie, zajął się tym, co miał wokół, czyli innymi ludźmi. Dla nich to pewnie marna pociecha, ale jako nieujawniony terapeuta spisał się znakomicie. Tak samo jak znakomicie spisała się Joanna Kornaś – Warwas, czyli polska tłumaczka. W swoim przekładzie dobrze oddaje nastrój cierpienia i sennych majaków, świetnie radzi też sobie z filozofującymi fragmentami. Szkoda, że dopiero teraz odkrywamy w Polsce Blechera. Jednak na taki przekład i na takie wydanie warto było czekać ponad 70 lat.

PS. Czy tylko mnie zdziwiło, że Blecher w latach 30. XX wieku pisał o czymś, co dziś nazwalibyśmy drukarką 3D? Albo był niesamowitym wizjonerem, albo brał naprawdę mocne leki.

DO SŁUCHANIA:

David Bowie – Blackstar

Płyta-testament, którą David Bowie pożegnał się ze słuchaczami, umierając ledwie kilka dni po jej premierze. Choć nie chwalił się tym publicznie, to w przygotowaniach i nagraniach towarzyszył mu niechciany kompan – niesamowity ból wywołany zaawansowaną chorobą nowotworową. Bowie wiedział więc doskonale, że „Blackstar” będzie jego ostatnią wypowiedzią artystyczną. Podobnie jak Blecher wiedział, że już wkrótce jedynym co po nim zostanie, będzie jego twórczość.

Jednak w przeciwieństwie do Blechera, świat natychmiast poznał się na geniuszu Bowiego, z miejsca nazywając jego ostatnią płytę jedną z najlepszych w dorobku muzyka. Do głębi przejmująca, przemyślana i spójna, pokazała, że nawet w obliczu wielkiego cierpienia Bowie nie wyrzekł się tego, co kochał najbardziej – muzyki i satysfakcji z jej tworzenia. A fakt, że na łożu śmierci opublikował rzecz tak znakomitą, nie pozostawia wątpliwości co do jego klasy.

M. Blecher, Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny, Książkowe Klimaty, Wrocław 2018.

2 Komentarze

  1. Wiele osób oszukuje nie tylko bliskich, ale i siebie. Choć czasem dzięki takiemu procesowi, paradoksalnie, mogą zwiększyć swoje szanse. W końcu nastawienie pacjenta bywa kluczowe. Choć czasem rzeczywiście nie ma ni iskry nadziei. I teraz pytanie: lepiej brutalnie zetrzeć się z wyrokiem od razu czy naiwnie od odwlekać, choćby pozornie?

    • Paweł Cybulski pisze:

      Powiem tak – nie znam dobrej odpowiedzi na to pytanie 🙂 Tu chyba wszystko zależy od konkretnego, jednostkowego przypadku, jego historii i osobowości. Jednak gdy obserwujemy te historie z boku i wiemy, jak beznadziejna jest sytuacja opisywanych przypadków, to oszukiwanie siebie i innych jest i smutne i w jakiś sposób rozczulające. Zupełnie inaczej patrzy się na to z boku, a inaczej z pozycji uczestnika, nawet pośredniego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *