fbpx
premiery miesiąca
Premiery miesiąca. Odcinek 16 – Styczeń
Grudzień 30, 2018
podsumowanie 2018
Rok 2018 w liczbach – moje lektury
Styczeń 3, 2019

Zdeněk Jirotka – Saturnin [RECENZJA]

saturnin jirotka

Boli mnie brzuch. Nie z powodu świątecznego przejedzenia, wirusa czy innej choroby. Boli ze śmiechu. Boli jak diabli i przestać nie chce. A wszystkiemu winien on – szalony Saturnin.

Nasze uczucia wzajemne uzewnętrzniały się w powściągliwej uprzejmości, którą okazują sobie ludzie niewpadający w szczególny zachwyt z tego powodu, że są krewnymi.

Imię to dziwne, przyznać trzeba, tak jak i dziwny jest tego imienia właściciel. Saturnin to lokaj, sługa. Jakkolwiek by go jednak nie nazwać, jego działalność dalece wykracza poza standardowy zakres obowiązków. Nie tylko herbatę zaparzy, ale i podatki ogarnie korzystnie dla swojego pana, i romans mu zorganizuje i nieznośnego kuzyna postawi do pionu. Sprawia mnóstwo kłopotów i jednocześnie ratuje z nich siebie i wszystkich dookoła. Działa nieszablonowo i w efekcie przezabawnie. Odnajdzie się w każdej sytuacji, również w takiej, którą sam sprowokuje.

Jest to postać niezwykła, ale nie powinniśmy się temu dziwić, bo Saturnin jest… bohaterem literackim. Wyszedł spod pióra Zdenka Jirotki, czeskiego murarza, budowlańca i jednocześnie dziennikarza/pisarza. Dodać trzeba, że tusz z tego pióra zasechł już dość dawno, bo po raz pierwszy czytelnicy poznali Saturnina już w 1942 roku! Obecne wydanie, które zawdzięczamy wrocławskiemu wydawnictwu Afera i przekładowi znakomitego Leszka Engelkinga, to druga polska edycja tej książki. Wcześniej trafiła do księgarń w Polsce aż 66 lat temu! Kinomani mogą ją też kojarzyć z ekranizacji Tadeusza Chmielewskiego pod tytułem „Walet pikowy”.

Jak to wśród Czechów bywa powszechne, Jirotka obdarzony jest dość specyficznym poczuciem humoru. Czuć to doskonale w „Saturninie”, który jest bezsprzecznie efektem fascynacji autora kulturą brytyjską. Widać to zwłaszcza w dowcipie właśnie – absurdalnym, pozornie nieśmiesznym, ale rozkładającym na łopatki i przyprawiającym o ból przepony. Wyobraźcie sobie Monty Pythona w Czechach. No właśnie, to musi być przezabawne! Jirotka doskonale zdaje sobie sprawę z własnego talentu komediowego, więc co i rusz podkręca atmosferę i puszcza oko do czytelnika. W usta jednego z bohaterów powieści włożył nawet słowa o tym, że „śmiech to reakcja na przeżyte w rzeczywistości lub wyobraźni niebezpieczeństwo, pojawia się często u osób o inteligencji niższej od przeciętnej”. Spróbujcie się nie zaśmiać po tym fragmencie. Gwarantuję, nie da się! Zwłaszcza, gdy jest się po lekturze rozdziału, w którym Saturnin nabywa maskę Świętego Mikołaja jako ochronę przed karaluchami, albo tego, gdy końca dobiega pewna szalona górska wyprawa. Ciężko przedstawić to bez wchodzenia w kontekst, ale oznaczałoby to niemiłosierne spoilowanie. Kto już czytał, ten wie. Wybaczcie więc, ale na temat fabuły musi wam starczyć kilka powyższych zdań.

I wujaszek rzeczywiście do różnych rzeczy doszedł sam. Stwierdził na przykład podczas doświadczenia, które przyjęło bardzo podniecający obrót, że lanie wody do kwasu nie jest rozsądne, i ani trochę nie przeszkadzało mu to, że wiedzę tę mógł, lepiej wyrażoną, zaczerpnąć z podręcznika do chemii.

Zabawnie i niezwykle ciekawie jest też z powodu postaci, nazwijmy to, drugoplanowych. Choć Saturnina nikt nie przebije, to jego zwariowany pan, ciotka Kateřina i jej syn, Dziadek, panna Barbora czy Doktor Vlach tworzą przezabawny zestaw wybuchowy, zdolny rozbroić nawet największego ponuraka. Zresztą z książką Jirotki jest trochę jak z Dawidem Podsiadło. Ten, gdzie się nie pojawi, to żartuje już od pierwszego zdania. Tutaj tak samo – pierwsza strona i bach! – dowcip już sypie się gęsto. Piękna sprawa, naprawdę.

Absurd książkowych wydarzeń potęguje fakt, że tak naprawdę nie wiemy do końca, kiedy mają miejsce opisywane wydarzenia. Książka powstawała w trakcie II Wojny Światowej i kilka tropów może wskazywać, że również wtedy mają miejsce szalone wyczyny Saturnina, jednak jednoznacznych znaków brakuje. Byli tacy, którzy próbowali dociec tego chociażby po markach samochodów pojawiających się tu i tam, ale to też nie jest w stu procentach wiarygodne. Zadania nie ułatwiają dygresje i opowieści, którymi raczy nas Dziadek, a w których cofa się aż do czasów wojny austriacko-piemonckiej (czyli do lat 1848-1849). Można się pogubić, ale dobrze, że nie jest to w tej powieści kluczowe.

Kluczowe jest to, że bawi wspaniale, racząc przy tym doskonałym, wartkim stylem autora. Przekład Leszka Engelkinga znakomicie oddaje tę atmosferę absurdu, niedopowiedzeń i dziwnych historii, w jakie co chwila wplątuje się Saturnin. O tym, że powieść jest wciąż niezwykle doceniana, świadczy jej pozycja w Czechach. W 1994 zdobyła tytuł książki najbliższej sercu w plebiscycie Czeskiej Telewizji, a w 2018 została uhonorowana nagrodą Magnesia Litera w kategorii „książka stulecia według szerokich kręgów czytelniczych” – wyprzedziła nawet legendarnego Szwejka!

Panna Barbora wróciła z kuchni z popularnym wśród praskich tramwajarzy zdaniem na ustach „Nie mamy prądu!”

Historia Saturnina to pełnokrwista, totalnie absurdalna komedia. Do jej pokochania wystarczy odrobina dobrej woli i chęć przeżycia niesamowitej przygody. Żeby poczuć jej zew, wystarczy jedynie kilka minut. Potem nawet się nie zorientujecie, jak przerzucicie ostatnią stronę. Tylko nie mówcie później, że nie ostrzegałem.

DO SŁUCHANIA:

Ivan Mládek – Jožin z bažin

Przy takiej książce jak „Saturnin” niezwykle ciężkim zadaniem było znalezienie muzyki, która pasowałaby klimatem i nie psuła odbioru książki. Przeczesując znane i nieznane źródła, przypomniałem sobie o utworze, który podbił polski internet kilka(naście?) lat temu – Jožin z bažin. Ta wyśmiewana swego czasu piosenka, głównie ze względu na śmieszność wykonania i „teledysk”, jest przecież idealnym towarzyszem do takiej lektury. Zwłaszcza jeśli zapoznacie się z polskim tłumaczeniem utworu, które znajdziecie poniżej. Ileż tam absurdu, czeskiego humoru i niewymuszonego szaleństwa! No i mam też wrażenie, że kto jak kto, ale Saturnin poradziłby sobie z tytułowym Jožinem.

Z. Jirotka, Saturnin, Wydawnictwo Afera, Wrocław 2018.

 

2 Komentarze

  1. Pożeracz pisze:

    Brak mi ostatnio komedii, absurdu humorystycznego. Dziś w ogóle są potrójnie potrzebne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *