fbpx
weekend księgarń kameralnych
Warszawski Weekend Księgarń Kameralnych 2019 – gdzie warto być?
Kwiecień 20, 2019
premiery miesiąca
Premiery miesiąca. Odcinek 20 – Maj
Kwiecień 29, 2019

Filip Zawada – Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek [RECENZJA]

rozdeptałem czarnego kota przez przypadek

Śmieję się i płaczę jednocześnie. Z boku mogę wyglądać na obłąkanego, ale to nic, nie przejmuję się. Ja po prostu rozdeptałem przez przypadek czarnego kota.

Ludzie są w większości durni, ale nie będę im tego udowadniał, bo to nie moja sprawa. Durnota jest prywatną własnością każdego człowieka

Gdy takie zdanie zobaczy się na pierwszej stronie książki, to już się wie, że albo się tę książkę od tej pierwszej strony pokocha, albo znienawidzi. Co za początek! Szybko staje się jasne, że Filip Zawada jeńców nie bierze. Bierze za to co chce z naszych emocji.

Franciszek, główny bohater i narrator „Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek” to trochę taki polski Mikołajek z sierocińca. Sęk w tym, że większość jego opowieści ma słodko-gorzki wydźwięk. Franciszek portretuje nie tylko własne życie, ale i zaskakująco celnie opisuje rzeczywistość dookoła siebie, towarzyszy „niedoli”, opiekunów i gości sierocińca. Nie brakuje mu zacięcia filozoficznego, choć jest to filozofia chałupnicza, oparta na obserwacji. Nie znaczy to jednak, że nie dotyka sedna spraw. Wprost przeciwnie. Zawada obdarzył Franciszka wielkim zmysłem, umiejętnością trafnej diagnozy i absurdalnie zabawnego jej podsumowania.

Jedyna stała w życiu Franciszka to tytułowy czarny kot – Szatan. Towarzyszy bohaterowi na dobre i na złe, niejednokrotnie ratując go z opresji. „Pan Bóg jest dobry i Szatan jest dobry” – tłumaczy Franek pewnemu księdzu, nie zdając sobie sprawy z niezręczności, jaką właśnie spowodował. Poza kotem Franciszek nie ma nic – nie wie skąd się wziął, po co żyje, jak poradzi sobie w życiu. Chciałby stabilizacji, ale o tę bardzo trudno, bo wydaje mu się, że adoptowani są lub będą wszyscy, tylko nie on. Od zupełnej depresji ratuje go właśnie Szatan i niezwykłe poczucie humoru, którym Franek co i rusz raczy czytelników. Współczujemy mu, ale jednocześnie ciężko przestać się śmiać.

Zresztą, spróbujcie się nie śmiać, gdy macie przed oczami całe strony życiowych rozważań nastolatka. Chociażby o tym, dlaczego według sióstr prowadzących sierociniec, „sranie” jest czymś gorszym niż „robienie kupy”. Z kolei stwierdzenia typu „Wszyscy jesteśmy ludożercami, bo jemy ciało naszego Pana” nie tylko śmieszą, ale i prowokują do naprawdę głębszych przemyśleń. Na co dzień mało się zastanawiamy nad niektórymi sprawami, robimy coś mechanicznie, odruchowo. Tymczasem Franciszek nie ma oporów, żeby mówić o rzeczach pozornie oczywistych, które jednak po wejściu na inny poziom rozumienia, oczywiste być przestają. Wielokrotnie łapałem się na tym, że najpierw zaśmiewałem się z jakiegoś zdania do łez, by już po chwili zastanowienia zrozumieć, że to wcale nie jest takie śmieszne, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Zawadzie udała się wielka sztuka, która cechuje najlepszych tragikomików – przyciąga uwagę dowcipem, ale zatrzymuje ją głębszą, filozoficzną często treścią.

Pomaga w tym konstrukcja książki, bo ta też nie jest typowa. Zawada posłużył się zbiorem krótkich scenek, fleszy, które trochę przypominają te wykorzystane przez Olgę Hund w „Psach ras drobnych”. Kilka stron, szybkie naszkicowanie, co się aktualnie dzieje, chwila na zastanowienie dla czytelnika i kolejna scenka. Zdarza się, że taka scenka-rozdział to raptem jedno zdanie. Stwierdzenie, które nie odnosi się ani do historii wcześniejszej, ani następnej, ale buduje obraz Franciszka w oczach czytelników. Chociażby to: „Jutro niedziela. Nie nastawiam budzika, żeby nie zdążyć do kościoła”. Piękne, trafne, zabawne i refleksyjne. Można w jednym zdaniu zawrzeć tyle treści? Jak się okazuje, można.

Niewiele wiemy nie tylko o samym Franciszku, ale i o czasie akcji. Zawada nie zostawia zbyt wielu wskazówek, ale z rozsianych tu i ówdzie strzępów informacji może wynikać, że Franciszek dorasta w końcówce lat 80. To jednak nie ma na dłuższą metę dużego znaczenia, bo tak naprawdę czas jakby nie imał się bohaterów „Rozdeptałem czarnego kota…”. Sierociniec i wszystkie jego przyległości wydają się rzeczywistością osobną, zamkniętą, której czas zdaje się nie dotyczyć. Uwarunkowania zewnętrzne nie wydają się istotne. Rytm życia wyznaczają natomiast kolejne niedziele i wizyty potencjalnych rodziców zastępczych, którzy zdają się być jednymi z nielicznych przedstawicieli „zewnątrz”. Swoimi odwiedzinami z jednej strony radują mieszkańców sierocińca, bo oznaczają one adopcję kogoś, z drugiej strony niejako zakłócają naturalny rytm życia wprowadzony do ośrodka przez siostry zakonne.

Po czym poznać, że jest się twardszym niż inni? Po tym, że się nie płacze ani wewnątrz ciała, ani na zewnątrz. Jest się jak robot, który nie rdzewieje, kiedy się go polewa wodą z solą. Ja dzisiaj nie płakałem, więc jestem jak robot. A ty?

Pyta Filip Zawada pod koniec opowieści. Przekornie, bo obok jego książki nie da się przejść bez uronienia łzy. Ze śmiechu albo ze wzruszenia, ale najpewniej z obu tych powodów jednocześnie. Robot nie dałby rady, nie z Franciszkiem.

DO SŁUCHANIA:

Pustki – 8 Ohm

Wybór muzyczny nie będzie zaskoczeniem dla nikogo, kto wcześniej zetknął się już z Filipem Zawadą. W latach 2002-2006 był on członkiem zespołu Pustki, a owocem jego bytności w zespole była płyta “8 Ohm”.

Płyta to niejednoznaczna i tak też przyjęta. Nazywana przedstawicielką “muzyki ściany wschodniej” łączyła w sobie elementy avant-popu, mocniejszego gitarowego grania i refleksyjnych tekstów. Mnie się zaskakująco dobrze skomponowała z “Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek”. Spróbujcie, może i Wam taki miks przypadnie do gustu.

F. Zawada, Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek, Wydawnictwo Znak, Kraków 2019.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *