fbpx
premiery miesiąca
Premiery miesiąca. Odcinek 19 – Kwiecień
Marzec 31, 2019
weekend księgarń kameralnych
Warszawski Weekend Księgarń Kameralnych 2019 – gdzie warto być?
Kwiecień 20, 2019

Jesmyn Ward – Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie [RECENZJA]

Śpiewajcie z prochów śpiewajcie

Najtrudniej jest zacząć, mówili. I dużo się nie pomylili, zwłaszcza w tym przypadku. Do “Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie” Jesmyn Ward podchodziłem jak pies do jeża. I chciałem zacząć i trochę się jej bałem. Podchodziłem, odchodziłem, zaczynałem czytać i odkładałem. Chciałem przeczytać, bo wszyscy mówili, że to jedna z najlepszych premier początku tego roku. Bałem się jej z tego samego powodu.

“Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie” to najnowsza książka Ward, dwukrotnej laureatki National Book Award. Autorka zabiera nas w podróż do Delty Mississippi – kolebki bluesa i ogólnoświatowego symbolu zniewolenia czarnoskórych. To z Delty pochodzą najokrutniejsze świadectwa niewolniczego wykorzystywania Afroamerykanów. Do tej pory czarnoskórzy nie mają tam łatwego życia, mimo pozornego równouprawnienia. Czarny równa się gorszy w świadomości większości mieszkańców Delty i trudno jest to myślenie zmienić.

Jesmyn Ward

Jesmyn Ward

W takiej sytuacji znajduje się opisywana przez Ward rodzina. To Afroamerykanie mający nieprzyjemne wspomnienia z białymi “panami”, choć mówimy przecież o drugiej połowie XX wieku i początku wieku XXI. Nie powinno też umknąć naszej uwadze, że jest to rodzina dysfunkcyjna, musząca sobie radzić nie tylko z nieprzychylnością białych, ale i piętnem toksycznej miłości, która co i rusz sprowadza na nich kłopoty.

Dysfunkcyjność rodziny uświadamiamy sobie zwłaszcza, gdy zwrócimy uwagę na sposób prowadzenia narracji przez Ward. Bieg wydarzeń śledzimy dwutorowo, historia rozciągnięta jest pomiędzy Leonie – uzależnioną od narkotyków i pakującą się wiecznie w kłopoty nieodpowiedzialną matkę, a jej nastoletniego, nad wiek dojrzałego syna – Jojo. Choć opisują te same zdarzenia i ich relacje uzupełniają się, widzą świat zupełnie inaczej. Na zupełnie inne rzeczy zwracają uwagę. Łączą ich jednak pewne metafizyczne zdolności.

Ich historia i związane z nią emocje kulminację osiągają podczas wyprawy samochodowej, której głównym celem jest odebranie z więzienia ojca Jojo i ubicie przy tym narkotykowego biznesu. Sama podróż i zastosowanie przez Ward klasycznego motywu drogi, mają dużo bardziej rozbudowane znaczenie i konsekwencje. Zwłaszcza dla czytelnika, który chcąc nie chcąc, skupi się na stopniowym odkrywaniu rodzinnych tajemnic podróżnych i skomplikowanych powiązań. Mówi się, że to podczas podróży można najlepiej poznać drugą osobę i ocenić jej charakter i u Ward sprawdza się to doskonale. Wyprawa do więzienia odsłania słabe punkty bohaterów, ich sposoby radzenia sobie ze stresem i kłopotliwymi zdarzeniami.

Do tej kategorii zaliczyć trzeba chorobę lokomocyjną córki Leonie. Nie znamy do końca jej przyczyn, ba, nie wiemy nawet na pewno, czy to aby rzeczywiście choroba lokomocyjna. Trudno się oprzeć wrażeniu, że Ward chce w ten sposób pokazać swój sprzeciw wobec zła, jakie czynią jej bohaterowie. W takim kontekście reakcję organizmu dziewczynki można by wręcz odczytywać jako alergiczną, obronną. Jako bunt wobec tego, co widzi i doświadcza ze strony matki.

Łatwo dać się wprowadzić w takie myślenie i nabrać wielkiej podejrzliwości w stosunku do bohaterów. Ward doskonale manipuluje nastrojami czytelników, prowadząc ich strona po stronie po swojej opowieści. Autorka bezbłędnie rozpoznaje, kiedy powinno nam być smutno i robi wszystko, by swój zamiar osiągnąć. Czytelnik przed tym nie ucieknie, nie schowa się przed bólem, który ma być mu zadany. Każdy z czytających poczuje się źle wtedy, kiedy autorka to sobie zaplanowała. To fascynujące, jak bardzo udaje jej się kontrolować emocje odbiorców swojej prozy i jak brutalnie potrafi na nich oddziaływać.

Jej wysiłki spełzłyby jednak prawdopodobnie na niczym, gdyby nie język. Ward nie boi się pisać szorstko i w pewien sposób agresywnie, zachowując przy tym dużą poetyckość wypowiedzi swoich bohaterów. To proza pełna metafizyki i bluesowego smutku, do której bez wątpienia znalazł klucz autor polskiego przekładu – Jędrzej Polak. Jego praca nosi znamiona prawdziwego majstersztyku. O ile w środowisku muzycznym określenie “polski blues” ma zabarwienie raczej tylko pejoratywne, to w przypadku prozy Ward Polakowi udało się niewykonalne. Spolszczył rdzennie amerykańskiego bluesa, nie tracąc nic z jego ducha i jakości. Blues po polsku wreszcie brzmi i spełnia swoje zadanie!

Nie da się ukryć, że powieść Ward to bat na optymistów i ludzi wierzących, że mają jakąś moc sprawczą. Autorka nie zostawia złudzeń nikomu, tak samo jak nie zostawia pola manewru swoim bohaterom. Ci zazwyczaj wiedzą, co robią źle i dlaczego to robią, ale nie potrafią tego przerwać, wyrwać się ze spirali błędów i bólu. Zbyt wiele czynników ma wpływ na ich życie.

Wolę myśleć, że wiem, czym jest śmierć. Wolę myśleć, że jest czymś, czemu mógłbym stawić czoło

To zdanie, które otwiera książkę, a które okazuje się brutalnie nieprawdziwe w obliczu nakreślonych przez Ward wydarzeń i finałowych scen. Tak samo jak i brutalna bywa cała książka, ale na tym właśnie polega jej piękno. Pojawiające się tu i tam elementy metafizyczne tylko dodają jej blasku. Nie odkładajcie tej książki na później.

DO SŁUCHANIA:

Son HouseDeath Letter

Skoro na tapecie mamy literacki odpowiednik bluesa z Delty Mississippi, to nietaktem byłoby zaproponowanie do słuchania czegoś innego niż najprawdziwszy blues z Delty. Son House to legenda tego nurtu i jeden z jego “ojców założycieli”. Grać bluesa zaczął w 1930 roku, by zawiesić karierę w 1943 roku, a następnie wrócić na scenę po 21 latach niebytu.

Jeśli szukać synomimu bluesmana, jego najczystszej i najprawdziwszej postaci, nie można nie pamiętać o Housie. Był absolutnie “surowy”, w najlepszym tego słowa znaczeniu, niepodrabialny i prawdziwy. Nie musiał się wczuwać w wykonywaną przez siebie muzykę, bo cały nią był. Żył tymi emocjami i perfekcyjnie przenosił je na język muzyczny. Mimo, że od jego śmierci minęło już ponad 30 lat, wciąż jest obecny w sercach fanów bluesa i wciąż inspiruje. Wiedzieliście, że “Death Letter” z repertuaru The White Stripes to jego kompozycja?

J. Ward, Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2019

2 Komentarze

  1. Ze wstępu wynika, że lepiej nie czytać blogów książkowych 😛 Same z tego strapienia i stresy 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *