fbpx
nie zdążę
Nie zdążę – Olga Gitkiewicz [PODCAST]
17 listopada, 2019
u siebie i na wyjeździe
U siebie i na wyjeździe – K. O. Knausgard i F. Ekelung [RECENZJA]
23 listopada, 2019

[WYWIAD] z zespołem Noże – Wszystko zmierza do ciszy

noże_cover

“Gniew”, debiutancka płyta zespołu Noże, przynosi słuchaczom dużą dawkę wyrazistej i emocjonalnej muzyki. Czy, jak mówi ich singiel, są źle wychowani? Przed czym jest w stanie uchronić lęk? Co mają wspólnego z Tomaszem Mannem i Edgarem Allanem Poe? To tylko kilka kwestii, o których opowiedział mi Karol Kruczek, wokalista i basista zespołu.

Skąd się wzięliście? Długo o was nie słyszałem, a nagle po premierze „Złego wychowania” zawładnęliście moim wallem na FB!

Karol Kruczek: Jest nas czterech. Oprócz mnie Noże tworzą aktualnie Jan Biedziak (gitara), Bruno Jasieński (perkusja) i Jeremiasz Hendzel (gitara, klawisze). Wzięliśmy się ze szczerej potrzeby serca. Minęły trzy lata odkąd zaczęliśmy razem grać i oto jesteśmy z debiutem. Po drodze przeszliśmy zmiany składu, standardową historię dzielenia ciasnych salek w piwnicach i dość chałupniczych nagrań. Wygląda na to, że im dłużej gramy razem, tym więcej mamy sobie do powiedzenia.

Faktycznie jesteście źle wychowani, czy to tylko taka gra pod publiczkę? Macie na płycie „Złe wychowanie”, „Gniew”, „Zbrodnie”, nazywacie się Noże. To nie brzmi jak muzyka grzecznych chłopców.

Myślę, że wszyscy jesteśmy źle wychowani, w niezdrowych modelach, tylko niektórzy z nas lepiej uśmiechają się na słońcu. Chcieliśmy się zająć takimi emocjonalnymi, często wypartymi rzeczami. Mówimy o tym, co się dzieje w szczelinach życia, tam gdzie nie dociera dyscyplina i nie musimy robić pięknych min. Życie niedostosowane do dominujących modeli jest traktowane często jako wykroczenie. Zwłaszcza w świecie, który jest coraz bardziej zunifikowany, wyzbyty kontaktu ze źródłowymi energiami, które kierują ludźmi. Gniewam się na wiele aspektów życia społecznego, zwłaszcza oficjalny dyskurs, chociaż nasze piosenki są głównie o miłości.

Ok, czyli to trochę kreacja artystyczna?

Niee, nie jesteśmy kreacją artystyczną. Dla mnie to szczera sprawa. Gniew to nie jest tylko emocja przeżywana w grupach przez ludzi na koncercie punkowym. To jest zresztą dopiero kreacja. My tego nie potrzebujemy. Świat i sztuka są dla nas połączone, rzeczywistość i ekspresja powinny być według nas bardziej połączone, tylko tak nadaje im się wagę, znaczenie, sprawczość. Noże nie są nieuwarunkowanym przez świat zjawiskiem estetycznym. Okopywanie się w środowiskach tożsamościowych, niszach, nie bardzo więc nas interesuje.

Noże

Zespół Noże

Nurtuje mnie też wasza nazwa. Wydaje mi się, że „Noże” można rozumieć dwojako. Jako coś co niszczy, rozcina, albo coś co wykrawa jakieś kawałki i tworzy z nich coś nowego.

Nóż jest narzędziem, a narzędzia nie niszczą, narzędzia tworzą. To pole możliwości dla człowieka, rodzaj przedłużenia dłoni. Nóż zawsze tnie na dwie części. Nawet jeśli wycinasz fragment czegoś, zawsze masz w efekcie dwie części, dwie bezpowrotne, mniejsze całości. One są częścią czegoś tylko z perspektywy tego, co było nietknięte.

Noże to riffy gitarowe pozbawione środka. Mało gramy typowymi, punkowymi drogami na skróty, na przykład tak zwanymi power chordami. Chociaż ogólny wydźwięk muzyki jest bardzo rockowy, ze względu na natężenie emocjonalne. I na tym nam zależało. Noże to też była nazwa-zaklęcie. Chodziło nam o to, żeby nazywając się w ten sposób, oznaczający coś silnego, mocnego, co nie jest byle jakie, samemu takimi pozostać. Zachować świeżość nazywania rzeczy pierwszy raz poprzez wybór nazwy-narzędzia.

Czyli swoją muzyką wycinacie emocje?

Tniemy wzdłuż nerwów, na pewno. Na pewno też nazwa jest zobowiązaniem względem siebie i naszej muzyki. Nazywając się Noże, nie możemy grać w sposób przezroczysty. My od tego uciekamy, zależy nam na napięciach, cięciach, jest emocjonalnie.

Na waszym Facebooku przeczytałem, że swoją muzykę definiujecie m.in. jako „szept polszczyzny”. To dosyć głośny szept! 

Pisaliśmy też o piętrowych pogłosach. Chodzi tam o zwarto-wybuchowość zawartą w języku polskim, Szepty, szmery, ale także krzyki. Poza tym schodzę dosyć nisko skalą i muszę dobierać mocne, wyraźne słowa z tego względu, że inaczej nie będą słyszalne na koncercie. Żeby być wyraźnym z ogromną dawką dźwięku, napięć i pogłosów za plecami, bardzo często wyzyskuję dźwiękonaśladowczy i zwarto-wybuchowy potencjał języka.

Dlatego też piszesz po polsku?

Śpiew po polsku powoduje, że słowa nigdy nie są niewinne. Głos jest także instrumentem, ale nie chciałbym posługiwać się nim przy pomocy anglojęzycznej magmy słownej skojarzonej klimatem z muzyką. To jest powód, chcemy, żeby słowa wystawały. Angielski  byłby według mnie pretekstem, żeby nie używać języka w ogóle.

Masz dużo do powiedzenia w swoich tekstach.

Na pewno nie mam też problemu, żeby ktoś z tym polemizował. To są najfajniejsze rozmowy po koncertach, gdy ktoś wątpi, zastanawia się, o co nam chodzi. Po to są te teksty, wywołują emocje i ewokują obrazy.

Wokół waszej płyty kręci się aura jakiejś niesamowitości, grozy, trochę jak w opowiadaniach Edgara Allana Poe. To dobry trop?

To nie jest bliski mi autor, ale rozumiem skojarzenie. Wydaje mi się jednak, że te rzeczy są bardziej wywiedzione z poezji i filozofii.  Proza inna niż poetycka, nie jest mi szczególnie droga. Rzadko czytam wielkie narracje. Ostatnio wróciłem do „Czarodziejskiej Góry” Manna. Tam też jest pewna atmosfera niesamowitości, coraz większej eskalacji ciemnych sił wypieranych z tego zaczarowanego wzgórza. To pewien topos literacki, w którym się poruszamy. Czy to będzie Poe, czy Mann, czy awangarda poetycka, czy zwłaszcza traktująca o afektach i kondycji człowieka tragedia grecka, to jest zawsze to. W Nożach jest taki nerw do poruszania się bardzo blisko nokturnalności, wypartych sił, która jest też u Poego, jest u Conrada. Zapędzamy się w kierunku nocnej, ciemnej siły, która więcej mówi o człowieku niż to, jaką maskę przywdziewa w ciągu dnia. Swoją tożsamość tracimy co chwilę, ze względu na uwarunkowanie życia w masie, w zmęczonym i rozpędzonym społeczeństwie. Jesteśmy zmęczeni. Noże są zmęczone. Krzyczymy, bo nie jesteśmy wypoczęci.

Brzmicie, jakbyście się osuwali w ten mrok.

Trochę tak bywało. Mam nadzieję, że się nie osuniemy w ten mrok całkowicie. Istnieją na szczęście inne osoby, radość akty twórczego, normalne, małe przyjemności. Te ciemne przeprawy na pewno wychodzą w tekstach.

I w brzmieniu chyba też. Te wszystkie przestery, pogłosy oddają te emocje.

Prawda? To nie jest instrument, to jest to, co się z nim dzieje post factum. To jest to, co go psuje. Dla nas to ważna filozoficzna przesłanka, żeby organizować brzmienie dokoła tego, co się w nim niszczy i dezintegruje, a nie poszukiwać organicznego korzenia. Nas on nie interesuje. Nasza gitara jest absolutnie zniszczona przez ilość przesterów, pogłosów, sprzęgnięć pod które mamy ustawione wzmacniacze. To kwintesencja naszego brzmienia. Na koncertach są momenty, kiedy śliczna melodyjka osuwa się w chaos i powraca zmieniona. Cięższa, o te 15 sekund zupy pogłosowej. Dla publiki jest czytelne, że to nie jest na pokaz, tylko emocjonalnie szczere. 

Słyszę w waszej muzyce pogłosy krautrocka, trochę post-punku.

Brzmienie naszych instrumentów jest „post”, w sensie za instrumentem, ale też na pewno nasze inspiracje są post-punkowe i zimnofalowe. Lubimy wiele rzeczy. Bardzo dużo nam dało czytanie rzeczy jazzowych i fusion przez pryzmat krautrocka. Nie pozwoliliśmy sobie jednak na ścieżkę jazz-rockową i dość frywolne improwizowanie na kanwie jakiegoś motywu. Staramy się to trzymać w ryzach, ale tak, żeby było słychać, że to puszcza. Pęka.

Pytam o te nawiązania, o odniesienia do innych…

… one są, ale głównie w nawiązaniu do poetów i zimnej fali.

Ale czy wy w ogóle lubicie być odnoszeni do innych?

Nie jest to potrzebne, ale jak ktoś to czuje, to pewnie ma rację. Jeżeli drogim dla ciebie poetą jest Dylan Thomas, Sylvia Plath, T.S. Eliot, to myślę, że znajdzie u nas podobne motywy, nastawienie. To są autorzy, których najbardziej przeżywałem, oni ze mną zostali, jako takie punkty kulminacyjne mojego życia czytelniczego. To na pewno jest w tekstach, na pewno korzystam z pojęć i kontekstów, których używają ci poeci, chociaż teraz częściej sięgam do poezji kręgu kultury niemieckiej.

zespół Noże

Zespół Noże

Powiedziałeś wcześniej, że do prozy jako takiej nie masz cierpliwości. Tymczasem wydaje mi się, że to raczej do poezji i jej odprysków cierpliwości mamy coraz mniej.

Poezja jest wierna temu, jak żyje psychika ludzka, jak się rozwija, przeżywa traumy i załamania, oczyszczenia i radości. Poezja oddaje to dużo lepiej niż forma linearnej narracji. Oczywiście, istnieje wiele form awangardowych albo zabiegów literackich, które w prozie pozwalają zachować pewną poetyckość, ale historia linearna, od A do Z raczej mnie nigdy nie interesowała. Dla mnie już Camus pisze za długie rzeczy. Preferuję milczenie. Przemilczenie pewnych rzeczy jest bardzo wymowne, taka wymowna cisza. Wszystko i tak zmierza do ciszy.

Inna sprawa, że słowa i pojęcia nie są niewinne. Używane zbyt często, mocno i bezrefleksyjnie, gubią swój sens. Bardziej mnie interesuje jedno dobrze postawione w ogniu słowo, niż świetny dialog, który się ciągnie przez wiele stron. To moje nastawienie czytelnicze. Nie odważyłbym się natomiast na pisanie poezji czystej, pozbawionej kontekstu funkcjonalnego. W ogóle trzeba podkreślić, że te teksty, które śpiewam w Nożach, to są jedyne i pierwsze w życiu rzeczy, które napisałem. Spędziłem nad nimi sporo czasu.

Czyli nie pisałeś wcześniej nic, nawet do szuflady?

Nie. Szkoda mi było mącić, niepokoić wszechświat. Nie chciałem emitować rzeczy, co do których statusu ontologicznego jestem tak nieprzekonany. Koniec końców te teksty jednak zaistniały, były w mojej głowie. Cieszę się więc, że mogę to kontynuować, że mogłem to odkryć dla siebie. Pretekst był jednak funkcjonalny. Zespół musiał mieć o czym grać. Nie mam nic w zapasie, zazwyczaj piszę dzień czy dwa przed wejściem do studia. Realizatorzy mnie nienawidzą. Bardzo trudno mi się przekonać do siadania przed kartką i wypełniania stron. Piszę na małym formacie, w niezbyt zobowiązujących notatniczkach. Jeśli coś się tam pojawia, to zajmuje jedną czwartą strony.

Jesteś dość oszczędny w tej ekspresji.

Objętościowo tak, ale tym bardziej staram się, żeby to było silne emocjonalnie. Teksty nie są na pewno dla mnie formą terapii, więc nie ma potrzeby, żebym przechodził to jakimiś kaskadami, formami literackimi. To są bardziej zapiski choroby.

Wasza płyta to zapis trzyletnich doświadczeń, czy to produkt stworzony tuż przed sesją nagraniową?

Zdecydowanie zapis trzyletnich doświadczeń. Najstarsze teksty zmieniłem przed nagraniem, ale to jest zapis, EKG pierwszego składu, pierwszego składu ze zmienionym perkusistą i tego, co jest teraz. Czyli chyba składu nr 2. Czuję, że nabrało to pewnej powagi i odczuwam jakiś lęk z tym związany, że mamy zespół, który na koncertach potrafi zagrać lepiej niż na płycie. Który potrafi przekazać emocje, improwizować, odnaleźć się zależnie od kontekstu pomieszczenia i oczekiwań publiczności. Nie na zasadzie bycia kelnerem, ale na zasadzie wchodzenia, z pewnym oporem, w dialog, w jakieś napięcie. To jest dla mnie kluczowe jako wokalisty i wiem, że przez to, że mam pewną manierę, w jakiejś części kradnę show. To jest też obosieczna broń, bo łatwo się zakochać w sobie, ale wiem, że bez tego, co się dzieje za mną na scenie, bez pewności siebie, jaką daje zespół, to by było takie artystowskie szczekanie. Boję się jednocześnie takiej radykalnej profesjonalizacji, że zatracimy świeżość. Myślę, że ten lęk będzie jakąś częścią inspiracji na drugą płytę. Rutyna i wypalenie dotykają wszystkich. Sam lęk przed tym jest lepszy niż faktyczne doświadczenie tego.

Lęk Cię przed tym uchroni?

Tak, bo strach to szczery afekt. A afekty, nawet jeśli znaczą co innego, pochodzą z jakichś traum, są w jakiś sposób owocem wyparcia, to są zawsze szczere jako przeżycie. Wiedzieliśmy na co się piszemy, nie boimy się, że stracimy duszę, grając na przykład na scenie festiwalu. To wszystko są okazje do jakiejś ekspresji.

 Jesteście w trakcie trasy. Jak publiczność przyjmuje ten materiał? Jakie budzi reakcje?

Udało nam się już ukraść show zespołowi, który supportujemy. Zaskakuje mnie  czasem energia tego naszego składu. Zebraliśmy osoby, które razem wprowadzają taką energię, której nie da się chyba z powrotem odzyskać w studio. Koncerty są naszą siłą. Zdarzało się, że widziałem wśród publiki reakcję wręcz euforyczną i byłem tym zaskoczony. Z czasem zaczęliśmy grać lepiej i widzę to jeszcze bardziej. Wiem, że jesteśmy nieźli wykonawczo, ale czuję, że ten materiał porywa, zwłaszcza na większych scenach. On tam lepiej brzmi, bo jest głośny. Gdy scena jest duża, jest przestrzeń dla tej muzyki, to ma się gdzie rozejść.

Wydaje mi się, że nasza twórczość tłumaczy się świetnie na koncertach, że ten materiał jest w pełni zdefiniowany dopiero w sytuacji koncertowej. Za każdym razem otwiera też nowe wnętrza. Nigdy nie odtwarzam tekstu jeden do jednego, nie jestem lektorem siebie. Nie miałbym na to ochoty. Za każdym razem w jakiś sposób popełniam w tekście błąd, ale jednocześnie go otwieram na nowo. Wchodzę w niego za każdym razem z innymi emocjami. Ostatnio przed koncertem czułem się bardzo źle, a koncert poszedł świetnie. Pewnie właśnie dlatego, że było słychać, że nie czuję się dobrze. Innym razem miałem silną potrzebę ekspresji i to też się udało. Wyszedł koncert bardzo krzyczany, momentami hardcore-punkowy i to działało. To jest wszystko zrobione tuż po wyjściu z samochodu i po noszeniu gratów, więc to też budzi moje zdziwienie, że jesteśmy w stanie generować tak szczere emocje, tak szybko wejść w rodzaj transu na koncercie. Ten zespół na koncertach rozwija się jak nocny kwiat.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *