fbpx
Drobiazg. Miłość w czasach genetyki - zdjęcie książki, której autorką jest Markéta Baňková
Drobiazg. Miłość w czasach genetyki – Markéta Baňková [RECENZJA]
6 maja, 2020
studio radiowe - Trójka
Trójka – Historia osobista
17 maja, 2020

Nadfiolet – Ewa Schilling [RECENZJA]

Okładka książki Ewa Schilling - Nadfiolet

Nic nie wiedziałem o Ewie Schilling. Nie wiedziałem, że dwadzieścia lat temu wydała już trochę prozy. Nie wiedziałem też, że właśnie założyła swoje wydawnictwo i wydaje w nim kolejną książkę. Nie wiedziałem aż do 28 lutego, gdy na blogowej skrzynce pojawił się mail zatytułowany “Nadfiolet – propozycja recenzji”.

Autorką tegoż była właśnie Ewa Schilling, która zapraszała mnie do zapoznania się z jej najnowszą książką, wydanym w założonym właśnie Wydawnictwie Seqoja “Nadfioletem”. Rzecz wyglądała więcej niż obiecująco. Autorka wspomniała też, że jest bardzo ciekawa mojej opinii po przeczytaniu recenzji “Czarnego Słońca” Jakuba Żulczyka. “Nadfiolet” miał poruszać podobne problemy, jednak z nieco innej strony.

Nie trzeba było mnie więcej zachęcać. Do lektury zabrałem się szybko, książkę również skończyłem  w przyzwoitych kilka dni. Ale przypomnę – to był marzec. Dlaczego więc recenzja ukazuje się dopiero teraz? Cóż, sam nie wiedziałem, co chcę na temat tej książki napisać.  Potrzebowałem czasu, żeby uleżały się we mnie wszystkie okejki, wątpliwości i rzeczy, które ewidentnie mi przeszkadzały. Spróbujmy zatem to nieco uporządkować.

“Nadfiolet” to dystopia, która polskim czytelnikom może faktycznie skojarzyć się z Jakubem Żulczykiem, niejeden wspomni też pewnie o Houllebequ. Ewa Schilling kreśli portret Polski zniewolonej przez kościół i rządy związanych z nim opcji politycznych. Bez wiedzy kościoła nic nie może się wydarzyć. Każdy szczebel kościelnej hierarchii kontroluje inny poziom życia społecznego. Od parafii tworzących szczegółowe portrety swoich wiernych, po same szczyty, spinające to w jedną wielką machinę inwigilacyjną. Na celowniku są zwłaszcza osoby w jakiś sposób inne: ateiści, homoseksualiści, każdy, kto jakoś się wyróżnia. Społeczeństwo nie jest w stanie nic z tym zrobić, albo, co nie mniej prawdopodobne – nic zrobić z tym nie chce. Jest bierne i uległe wobec zastanego porządku. Punkt wyjścia mamy więc co najmniej obiecujący.

Nadfiolet Ewa Schilling - okładka

Ewa Schilling – „Nadfiolet”

Niestety, z tej historii powietrze schodzi z każdą kolejną stroną. Początek jest intrygujący, bo do jednej z bohaterek – Hanny, wprowadza się czarnoskóra Drozd Zielona Różdżka, która szybko staje się źródłem chaosu i powszechnego fermentu. Zdaje się nic sobie nie robić z kościelnego dyktatu. Działa i prowokuje. Nie boi się, bo wszystko wskazuje na to, że wie o niektórych prominentach więcej, niż oni chcieliby żeby wiedziała. Jej odwaga i bijąca od niej pewność budzą nieco ludzi, z którymi przebywa. Drozd staje się katalizatorem ich wewnętrznych przemian. Sprawia, że coś w nich zaczyna się zmieniać. Nietrudno zauważyć w tej postaci cechy mesjańskie, zwłaszcza w tym nieco paradoksalnym zestawieniu jej z kościelną dyktaturą i podległą jej ludzkością. Potem jednak, im dalej w las, tym bardziej się nudziłem i przestawałem śledzić losy bohaterów z takim zapałem jak na początku. Trudno wskazać, w którym miejscu książki dokładnie to się wydarzyło, ale miałem wrażenie, że wątki, które wzbudziły moją ciekawość zostały nierozwinięte, a autorka skupiła się na historiach, które po pewnym czasie przestają czytelnika obchodzić. Mogę w tym miejscu zacytować Piotra Kopkę z bloga Literatura Sautee, który napisał: 

Bohaterowie [są] bardziej symboliczni niż skłaniający do autentycznej identyfikacji z ich losem. […] Złapałem się na tym, że pod koniec książki przestałem orientować się w akcji.

Nic dodać, nic ująć. Też miałem wrażenie, że początkowe dobre pomysły nie zostały rozwinięte, lub utonęły w zbyt dużej ilości postaci i historii – w związku z tym, żadna nie wybrzmiała tak, jakby mogła.

Są tu oczywiście też rzeczy, które są pomysłami co najmniej dobrymi, jeśli nie świetnymi. O ile u Żulczyka poruszaliśmy się głównie w obrębie szeroko rozumianego opresyjnego obozu władzy, to u Schilling na pierwszy plan wysuwają się tak zwani “zwykli ludzie”. To oni, choć nieznośnie bierni, są pierwszoplanowymi bohaterami powieści. Oddając im głos, Ewa Schilling próbuje pokazać, dlaczego w ogóle możliwe jest przejęcie władzy przez dyktatorów. To nie dzieje się przecież samo. Zazwyczaj kiełkować zaczyna właśnie wśród przeciętnych mas, którym zależy na tym, by żyć spokojnie i dostatnio, nie przejmując się sytuacją polityczną. Bierność bohaterów Schilling nie jest wynikiem sytuacji, w której się znaleźli. Oni zawsze tacy byli – bezczynnie przyglądali się, jak zmienia się system polityczny w ich kraju i zamiast podejmować jakieś próby zmiany tego stanu rzeczy, biernie się do nowej rzeczywistości dostosowali. Niebezpiecznie przypomina to rzeczywistość polityczną w Polsce A.D. 2020.

„Nadfiolet” Schilling wyróżnia też postawienie na kobiety. Choć, tak jak wspomniałem, po pewnym czasie trudno mi było wczuć się w ich losy, to nie ulega wątpliwości, że sam pomysł, by katolickiej opresji przeciwstawić właśnie kobiety, jest co najmniej bardzo interesujący. Być może też trochę niewykorzystany, ale chylę czoła, że nie musiałem czytać o dzielnych mężczyznach-konspiratorach, którzy ze śpiewem na ustach chcą umierać za ojczyznę.

Wychodzi na to, że tak jak nie wiedziałem, co z tą książką zrobić miesiąc i dwa miesiące temu, tak nie wiem i dziś. Są tu momenty świetne (zapomniałem wspomnieć o stojącej na miejscu Pałacu Kultury świątyni), ale mój odbiór powieści zdominowała jednak nieco rozczarowująca, zbyt szkicowa jak na mój gust, historia. Okładka też niezbyt zachęca, ale niech Was to nie odwiedzie od spróbowania “Nadfioletu” samodzielnie. To chyba jedyna rekomendacja, jaką mogę dać z czystym sumieniem.

DO SŁUCHANIA:

Miles Davis – Rubberband

Nie wspomniałem jeszcze, że Ewa Schilling z różnych przyczyn przetrzymała “Nadfiolet” 12 lat, zanim zdecydowała się go wydać. To z kolei sprowokowało mnie do sięgnięcia po płytę, która również bardzo długo czekała na swój czas, a gdy już się ukazała, nie mogę pozbyć się mieszanych uczuć względem niej.

Miles Davis, znany powszechnie jako jeden z największych innowatorów w historii jazzu i okolic, w latach 80. postanowił spróbować flirtu z muzyką soul i funky. Pierwszym do tego podeściem była sesja nagraniowa z 1985 roku, podczas której zarejestrowano materiał na “Rubberband”. Płyta jednak wówczas się nie ukazała – Davis niezadowolony z przebiegu sesji porzucił ten materiał, by skupić się już na kolejnym albumie – przełomowym z wielu względów “Tutu”. “Rubberband” trafił zaś na półkę i leżał na niej aż do jesieni 2019 roku. Gdy został wydany zebrał wiele skrajnych opinii – od zachwytów i achów, że odkryto zapomnianą perełkę z dorobku mistrza, po utyskiwania, że to odgrzewany kotlet, który został wydany nie wiadomo po co. Jak jest naprawdę? To chyba każdy musi ocenić sam, tak samo jak każdy sam musi sobie wyrobić opinię o “Nadfiolecie”.

Ewa Schilling, Nadfiolet, Wydawnictwo Seqoja, Olsztyn 2020.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *