fbpx
Salvatore Scibona - Każdy
Każdy – Salvatore Scibona [RECENZJA]
5 sierpnia, 2020
premiery miesiąca 2020
Premiery miesiąca. Odcinek 34 – Wrzesień
1 września, 2020

Premie górskie najwyższej kategorii – Jakub Kornhauser [RECENZJA]

Jakub Kornhauser - Premie górskie najwyższej kategorii

Przerabialiśmy już Jacka Kerouaca, który uczynił samochodową podróż po Ameryce sztuką. Ale zrobić z roweru literaturę? Da się? Okazuje się, że jak ktoś ma talent Jakuba Kornhausera, to i owszem.

“Premie górskie najwyższej kategorii” to teoretycznie jest najmniej porywająca książka, jaką sobie można wyobrazić. No bo umówmy się, kogo poza zapalonymi rowerzystami będą obchodziły opisy szlaków rowerowych, jakimi przemieszczał się autor? Można śmiało założyć, że nie będzie takich osób zbyt wiele, zwłaszcza, że trasy są dość mocno ograniczone terytorialnie – to tylko Kraków z przyległościami.

Jakub Kornhauser - Premie górskie najwyższej kategorii - okładka książkiNa szczęście to nie jest zwykły przewodnik rowerowy, zresztą myślę, że obraziłbym i talent i pasję Kornhausera, gdybym z takiego założenia chciał wyjść. To owszem, przewodnik, ale z bardzo wyraźnym, ba, dominującym wręcz bonusem. Tak jak w opisywanym niedawno “Osobistym przewodniku po Pradze” Mariusza Szczygła klimat książki budowały osobiste relacje autora z miejscami i przywoływane ludzkie historie, tak Kornhuaser zdecydował się na krok równie, jeśli nie bardziej odważny – zagrał formą.

Czytelników jego tomików poetyckich nie powinno to dziwić. Wszak nie od dziś wiadomo, że Jakub Kornhauser jest poetą nieprzeciętnie zdolnym. Co to ma jednak wspólnego z rowerowym przewodnikiem po okolicach Krakowa? Więcej niż myślicie. “Premie górskie najwyższej kategorii” to bardzo poetycka proza, która i świetnie sprawdza się jako narzędzie opisujące przebyte przez autora kilometry i chwyta za serce czytelnika swoją jakością. Nie mam literackiego talentu Kornhausera, więc posłużę się konkretnymi cytatami:

Bierze cię melodia przerzucanych biegów, wzywa anielski dotyk wytartej owijki, kusi modlitwa o nietykalność dętki w trakcie przedzierania się przez szutry i bruki. (…) Wprawdzie trwożysz się na myśl o nalotach chrabąszczy majowych z miotełkami na łebkach, o zaskrońcach pryskających z gęstwin, o czeredach piekielnych jamników przegryzających dętki, ale i tak nie ma rady

Gdzieniegdzie pojawiają się drobne uszczypliwości skierowane do tych i owych. Nie upiekło się stereotypowym Krakusom, przytyki kieruje autor również w kierunku fanów polskiej martyrologii:

To nie żarty, nie chce ci się wracać w stronę bloków, więc włazisz z powrotem w las, licząc na pomoc jakiegoś zapóźnionego kompana majora Łupaszki, wciąż bawiącego się w partyzantkę z przepiórką i zającem. Tymczasem trafiasz na Misię, kundelka, który najwyraźniej żywi się oponami

Jest też pewnie Kornhauser jednym z niewielu autorów, który do przewodnika rowerowego wrzuca ciekawostki o tym, że w mijanej właśnie miejscówce w 1914 roku przedawkował kokainę pewien austriacki poeta. Albo ciekawostka-legenda o żyjącym w Zalewie Nowohuckim mutancie, który odżywia się odpadami z tamtejszego kombinatu, a nocami wychodzi na żer i urozmaica dietę o ludzi, psy i gołębie. Czytelnicy lubujący się w intertekstualności zapewne docenią również, że rozdziały “Premii górskich…” nazywane są albo tytułami filmów, książek, wierszy czy piosenek albo cytatami z tychże. A i przekrój inspiracji jest tu wcale niezły: od filmu “Miś”, przez Bolesława Leśmiana i zespół Pixies aż po Morriseya i Jerzego Pilcha.

No dobra, jest zabawnie, jest poetycko, jest erudycyjnie. Czy czegoś w publikacji Kornhausera brakuje? Na upartego można się przyczepić. Bo forma, choć zachwycająca, na pewnym etapie zaczyna nieco nużyć. Chciałoby się jakiejś odskoczni, zmiany narracyjnej przerzutki, urozmaicenia tempa opowieści. Czasem też mniej trafione są niektóre żarty. Albo zwyczajnie nie dorosłem do krakowskiego poczucia humoru. Nie wiem też jak można było wydać książkę o trasach rowerowych, bez dołączenia map tychże. Czytelnik, który chciałby podążyć śladami Kornhausera zdany jest na drobiazgową lekturę i samodzielne oznaczanie punktów przelotowych w mapach Google lub na tradycyjnej mapie. Co nie ukrywam, też będzie miało swoje uroki.

Ale, żeby nie było – wciąż jestem książką zauroczony. Z jednej z prawdopodobnie najbardziej monotonnych czynności, jaką jest jazda na rowerze Kornhauaser zrobił małe dzieło sztuki. Nawet jeśli wszelkie pojazdy dwukołowe omijacie szerokim łukiem, to tę książkę po prostu warto poznać dla formy – bogactwa języka i pomysłowości w jego wykorzystaniu.

DO SŁUCHANIA:

Morrissey – Everyday Is Like Sunday

Gdy autor książki podsuwa mnóstwo świetnych muzycznych tropów to nie ma co odkrywać Ameryki, tylko trzeba z jego podpowiedzi skorzystać. Tym bardziej, że Jakub Kornhauaser przy okazji “Premii górskich najwyższej kategorii” sięgnął po wiele bliskich mi muzycznie okolic. Mam na przykład słabość do Morrisseya, który choć jest niewiarygodnym bucem, to muzycznie niewiele można mu zarzucić. Dlatego bez zbędnego przedłużania – posłuchajcie płyty Everyday Is Like Sunday. Dziesięć lat po premierze wciąż brzmi znakomicie.

J. Kornhauser, Premie górskie najwyższej kategorii, Wydawnictwo Książkowe Klimaty, Wrocław 2020.

1 Komentarz

  1. Ja co prawda od pewnego czasu na rowerze mnie wędruję, ale swego czasu się nieco pojeździło… Nigdy to nie były całodniowe wyprawy, ale po kilkadziesiąt kilometrów dziennie bywało. Cudnie to wyciszało. Wszystko to, wraz z recenzją Twą, sprawia, że „Premiami…” się zainteresuję.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.