fbpx
na obcej ziemi - izrael joszua singer
Na obcej ziemi – Izrael Joszua Singer [RECENZJA]
8 września, 2020
"Burzliwe czasy" - Mario Vargas Llosa
Burzliwe czasy – Mario Vargas Llosa [RECENZJA]
27 września, 2020

Pokręcona historia Natalii Świerczyńskiej [WYWIAD]

Natalia Świerczyńska

Muzyka towarzyszyła jej od dziecka, podobnie jak wspomnienia babci z czasów wojny. Natalia Świerczyńska w rozmowie ze mną opowiada, jak doszło do powstania materiału na jej debiutancką płytę „O północy” i jaką rolę odegrała w tym procesie Hanna Krall

Paweł Cybulski: Dużo czasu spędzałaś ze swoją babcią?

Natalia Świerczyńska: Do 15 roku życia bardzo dużo, mieszkałyśmy blisko siebie. Co prawda nie razem, ale dzieliły nas jakieś dwie ulice, a moja babcia była bardzo zaangażowana w nasze życie rodzinne. Widywałyśmy się praktycznie codziennie – albo ona wpadała do nas, albo my do niej. Byłyśmy bardzo zżyte.

Mając 15 lat wyjechałam na stałe z rodzinnego Wałbrzycha – najpierw do liceum, potem na studia. I ten nasz kontakt stał się trochę rzadszy. Przynajmniej fizyczny, bo często do siebie dzwoniłyśmy.

Pytam o to, bo niewiele znam przykładów projektów muzycznych jak Twój, które powstały w oparciu o tak intymne, rodzinne wspomnienia.

Ja też podeszłam do tego nie do końca standardowo. Znam te historie od zawsze i od zawsze one były dla mnie bardzo ciekawe i ważne. Będąc dzieckiem uwielbiałam ich słuchać. Im byłam starsza, tym więcej babcia mogła mi powiedzieć, więc historie ewoluowały, odsłaniały kolejne oblicza. Wiadomo, że jak rzecz dotyczy wojny i związanych z nią przeżyć, to nie wszystko nadaje się do opowiadania dziecku. Ale od początku czułam, że słucham o rzeczach ważnych. Dlatego jak zaczęłam śpiewać i pisać piosenki, zadałam sobie pytanie, co chcę swoją twórczością powiedzieć, co jest dla mnie ważne w życiu. Wspomnienia babci to była moja pierwsza myśl.

Zagłębianie się w świat babci okazało się dla mnie też jakąś formą terapii – czasem zastanawiamy się nad własnym życiem, próbujemy dociec, co z czego wynika, dlaczego jesteśmy tacy, a nie inni. Te historie dały mi dużo odpowiedzi.

Babcia sama chciała się z Tobą dzielić tymi historiami, czy ty ją dopytywałaś, drążyłaś?

Bardzo dopytywałam i bardzo lubiłam słuchać – zarówno babci, jak i rodziców. Naprawdę domagałam się tych opowieści, a dopiero później zdałam sobie sprawę, że niekoniecznie każdy lubi opowiadać takie historie. Nie tylko wojenne, ale generalnie dotyczące ciężkich przeżyć, traum. Ale to nie było też tak, że wysłuchiwałam samych ciężarów, tylko też bardzo pięknych rodzinnych wspomnień. Trochę odmiennych kulturowo, od tego co ja sama doświadczyłam. Babcia była Polką, ale mieszkała na kresach wschodnich, więc ta kultura bardzo się różniła. Moje pytania wynikały często z jakiegoś zaciekawienia. Widziałam u niej takie wschodnie naleciałości i jako dziecko nie potrafiłam sobie tego wytłumaczyć – skąd u babci wzięły się różne zwyczaje i zachowania. To była jakaś abstrakcja.

Rodzeństwo babci również przeżyło II Wojnę Światową i podobnie jak ona zostali przesiedleni na Dolny Śląsk. Trzymaliśmy się razem, ja często byłam podrzucana do siostry babci, cioci Leonardy, która też miała pokaźny zasób ciekawych historii. Chłonęłam to wszystko i to się potem też złożyło w całość w moich utworach.

A czy było coś, co jakoś szczególnie wyzwoliło w Tobie chęć zajęcia się opowieściami babci?

Tak, to już historia powojenna. Babcia trafiła do sanatorium i wylądowała w jednym pokoju z Hanną Krall. Dowiedziałam się o tym dopiero po latach, będąc w liceum. Przerabialiśmy akurat “Zdążyć przed Panem Bogiem” i odwiedzając babcię, miałam tę książkę przy sobie. Nagle babcia mówi: „ja znam tę autorkę!”. Wyjęła zdjęcie, na którym siedzą razem i opowiedziała, jak to było. Hanna Krall kolekcjonowała takie opowieści i przez kilka lat próbowała wydać historię mojej babci i jeszcze kilku osób, ale przez ówczesną cenzurę to się nie udało. I to był też dla mnie ważny bodziec – świadomość, że dla kogoś obcego te historie były tak wyjątkowe, że miał potrzebę to spisać, coś z tym zrobić. A drugą rzeczą było moje spotkanie z Hanną Krall. To było kilka lat temu. Przyniosłam na to spotkanie zdjęcie od babci. Okazało się, że pani Hanna pamięta moją babcię, nawet jej panieńskie nazwisko co mnie bardzo poruszyło.

Potem, po sanatorium jeszcze się jakoś widywały?

Kontaktowały się już tylko listownie. Bracia babci byli w Armii Krajowej, babcia udzielała się też w partyzantce, więc jeszcze przez długie lata po wojnie była ścigana przez rosyjskie władze. Wielokrotnie zmieniała miejsce zamieszkania. Nie było łatwo ją odnaleźć.

A Hanna Krall planuje jeszcze coś z tym zrobić, czy już odpuściła temat?

Raczej odpuściła. Na spotkaniu, na którym poznałam panią Hannę, opowiadała czytelnikom jak zbierała informacje, z iloma ludźmi miała podobny kontakt jak z babcią. I jak wysłuchałam tych historii i zdałam sobie sprawę z tego, jak wiele z nich jest podobnych do mojej babci, to nie do końca miałam odwagę zapytać o ewentualny powrót do tych wspomnień. Pani Hanna powiedziała mi tylko, że były takie plany.

Patrząc na tytuły książek takie jak „Zdążyć przed Panem Bogiem” czy „Dowody na istnienie”, mam wrażenie, że mimo, że Hanna Krall nie wydała wielu z tych historii, które zbierała, to jednak oddała im jakiś zbiorowy hołd.

Tak, dokładnie. Ona poświęciła tym historiom większość swojego życia. Wtedy, jak rozmawiałyśmy to wspominała, że w pewnym momencie to było już ryzykowne. Dlatego coraz częściej nie opisywała historii jednej osoby, tylko łączyła w jedną całość historie różnych ludzi.

Bardzo chciałam, żeby to, co mogłam usłyszeć od mojej babci, w jakiejś formie zostało dla następnych pokoleń. Zdałam sobie sprawę, że moje pokolenie jest pewnie ostatnim, które ma jeszcze okazję usłyszeć to bezpośrednio, od uczestników tych wydarzeń. Chciałam więc ocalić te wspomnienia. Dla wielu młodszych ludzi, nawet z mojej rodziny, to już jest temat bardzo, bardzo odległy. Nam jest to sobie łatwiej wyobrazić, bo jednak żyliśmy na przełomie lat 80. i 90., gdy Polska się bardzo zmieniała, też w pewnym sensie odbudowywała.

Warto jednak pamiętać, że moje utwory to nie piosenki stricte o wojnie czy historii. Bardziej śpiewam o emocjach i przeżyciach, ale osadzonych w bardzo konkretnym kontekście.

Natalia Świerczyńska - okładka singla "O północy"

Natalia Świerczyńska. Fot. MTJ

A czy Twój klip do „O północy” był inspirowany prawdziwymi wydarzeniami? Prawdziwym ślubem?

Tak, klip był inspirowany zdjęciem ślubnym mojej babci. Babcia wyszła za mąż już dobrych kilka lat po wojnie, jednak krajobraz za oknem wyglądał tragicznie, jakby wojna wciąż trwała. I nie mogłam sobie wyobrazić jak to musiało wyglądać, jak śliczna panna młoda idzie po zagruzowanym podwórku do ślubu. W przykrótkiej sukience, bo nie starczyło jej materiału. To zdjęcie bardzo zapadło mi w pamięć. I bardzo chciałam, żeby klip do niego nawiązywał. Starałam się znaleźć nawet takie podwórko, dobrać odpowiednią sukienkę. Chciałam by klip kojarzył się bardziej z czymś na kształt ruchomego zdjęcia niż filmu.

Mówiłaś, że zawsze bardzo Cię fascynował wschodni akcent u babci, te kresowe cechy. Słuchając Twojej płyty, miałem wrażenie, że w muzyce też można znaleźć tropy słowiańskie, wschodnie.

Tak, masz dobrą intuicję. W jednym z utworów – „Rzeko moja” jest zapożyczenie z piosenki ludowej. Starałam się, żeby trochę tych elementów słowiańskich na płycie się znalazło, ale nie było to proste zadanie, bo nie chciałam też robić jakiegoś połączenia ludowizny z jazzem czy innymi gatunakami. Zależało mi, żeby to było stosunkowo współczesne. Na albumie pojawia się też np. kwartet smyczkowy, który nadaje tym utworom trochę inny sznyt.

Teraz jak o tym myślę, to te wschodnie zapożyczenia wydają mi się trochę zabawne, bo moja babcia strasznie nie lubiła u siebie tych cech, akcentu. Myślę że mógł to być nawet jej kompleks, że będąc już na Ziemiach Odzyskanych, mówiła ze wschodnim zaśpiewem. Bardzo pracowała, żeby się go pozbyć. Potrafiła mówić biegle po rosyjsku z pięknym akcentem, ale nigdy nie chciała, żeby było to u niej słyszalne. Natomiast jej siostry do końca życia swobodnie mówiły tak, jak się nauczyły w dzieciństwie. Zawsze mi się to bardzo podobało, tak jak i trochę inne podejście do życia, gościnność – dopiero jak wyjechałam z domu to tak naprawdę je doceniłam. I zatęskniłam.

A jak sądzisz, dlaczego Twoja babcia mogła się wstydzić tego, jak mówiła?

Babcia była zawsze perfekcjonistką, która musiała idealnie wyglądać nawet kosztem niewyspania, niezjedzenia czegoś i tak dalej. W domu wszystko było na tip top. Mam wrażenie, że dostała nowe życie w nowym miejscu –  po wojnie i wieloletnim ukrywaniu się. Mogła więc mieć poczucie bycia kimś może nie gorszym, ale biedniejszym, sponiewieranym przez życie. I jak stanęła na nogach – założyła rodzinę, znalazła pracę to nie chciała się odróżniać od ludzi, którzy ją otaczali. Tak myślę. Nigdy o to nie pytałam, nigdy mi o tym nie mówiła. Mogę się tylko domyślać.

Gdy byłam już na studiach, babcia powiedziała mi kiedyś: „Jak to dobrze, że wy macie seriale”. Zdziwiłam się, bo to nie były jeszcze nawet czasy Netflixa, seriale były tylko w telewizji. Babcia miała porozpisywane dokładnie, co, gdzie i o której akurat leci i uważała, że seriale dają wiedzę. Mówiła do mnie: „Zobacz, ty teraz wszystko wiesz. Wiesz jak się żyje, jak wychowuje dzieci, co ludzie mają w domach, co warto kupić”. Zastanawiałam się z czego to wynikało. Musiało chodzić o tę niewiedzę babci – że jak w końcu dostała wolność, nowe życie, to nie wiedziała, jak się w nim odnaleźć, a my dzięki telewizji w jej odczuciu wszystko mieliśmy podane na tacy.

Pytałem Cię wcześniej o te elementy ludowe w Twoich piosenkach, bo zauważyłem, że na dotychczasowej drodze muzycznej „brałaś się za bary” z bardzo różnym materiałem: Zaucha, Wodecki, Sinatra, Cohen – trochę tego było.

Gdy studiowałam wokalistykę jazzową, to traktowałam wiele zleceń, które dostawałam, bardzo edukacyjnie. Chciałam jak najszerzej rozwijać swój warsztat. I jak dostawałam ciekawe propozycje, to po prostu się w to angażowałam. Tak było z Wodeckim czy Zauchą – zostałam zaproszona jako jeden z wykonawców do projektu. Szczerze te piosenki pokochałam. A Sinatra to z kolei moja miłość od bardzo dawna, której poświęciłam swój w pełni autorski projekt. Od pięciu lat jeżdżę po kraju z koncertami z cyklu „I Love Sinatra” i „Winter Songs of Frank Sinatra”. Mam z tego dużą frajdę, bardzo lubię śpiewanie swingowe.

Słyszałem też, że niezbyt dobrze wspominasz udział w programie „The Voice of Poland”. Ale może było coś, co dał Ci ten program? Coś, co wyniosłaś z niego dla siebie.

Nie wspominam tego jakoś dobrze, bo program rozminął się trochę z moim wyobrażeniem. Oczekiwałam udziału w programie muzycznym. Bardzo się wtedy rozwijałam, szłam do przodu i chciałam jak najwięcej się dowiadywać – niekoniecznie od strony szołbiznesowej, ale od strony warsztatowej. W programie była zdecydowana przewaga otoczki nad muzyką, co mnie bardzo zmęczyło i nie czułam się w tej sytuacji komfortowo. Ta forma nie była dla mnie, nawet śpiewanie tych utworów w programie nie dawało mi satysfakcji. Nie miałam nawet wpływu na wybór utworów – musiałam wykonywać coś zupełnie spoza mojej bajki, w czym nie widziałam sensu. Wspominam to jako poznanie produkcji programu, ale muzycznie nie wyniosłam wiele dla siebie.

Byłaś w klasie skrzypiec w szkole muzycznej. Czemu porzuciłaś je na rzecz śpiewu?

To jest bardzo długa historia, ale postaram się opowiedzieć zwięźle. Uczyłam się skrzypiec dziewięć lat, a ostatnie dwa były dla mnie bardzo ciężkie. Zmieniono mi nauczyciela i coś między nami nie zagrało, ja się zablokowałam i idąc do liceum plastycznego po prostu całkowicie zrezygnowałam ze skrzypiec. Pomimo tych doświadczeń bardzo cieszę się, że jednak zostałam w muzyce, bo po takich doświadczeniach różnie to bywa. A co najciekawsze, śpiew pojawił się dużo później – w szkole muzycznej w ogóle nie śpiewałam. Pokręcona historia.


Płyta „O północy” Natalii Świerczyńskiej ukaże się jesienią tego roku nakładem MTJ. O Natalii i jednym z jej utworów pisałem już wcześniej. ZOBACZ>

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *