fbpx
premiery miesiąca 2020
Premiery miesiąca. Odcinek 35 – Październik
30 września, 2020
premiery miesiąca 2020
Premiery miesiąca. Odcinek 36 – Listopad
3 listopada, 2020

Kołysanka z huraganem – Justyna Wicenty [RECENZJA]

okładka książki "Kołysanka z huraganem" Justyny Wicenty

W polskiej literaturze obrodziło ostatnio książkami o stracie. Do Marcina Wichy, Miry Marcinów i Ingi Iwasiów dołączyła Justyna Wicenty ze swoją “Kołysanką z huraganem”.

Jest to jednak na tle wymienionych autorów książka wyróżniająca się – nie opowiada o stracie rodzica, ale o stracie dziecka. Wicenty weszła na podwórko wydaje się dużo trudniejsze, bo jednak strata dziecka jest zawsze jakimś zaburzeniem rytmu pokoleniowego, z czysto rozsądkowego punktu widzenia to anomalia. Na śmierć rodzica teoretycznie łatwiej się przygotować, zwłaszcza jeśli ten dożywa sędziwego wieku. Śmierć dziecka jest natomiast tragedią naznaczającą całe późniejsze życie, niemożliwą do wymazania i piekielnie ciężką do przepracowania. Szukając punktu odniesienia dla prozy Justyny Wicenty, przyznaję, nie mogłem sobie przypomnieć wielu książek poruszających ten temat. Do głowy przychodzą klasycy, jak Kochanowski i Broniewski, którzy o stracie dzieci pisali w sposób absolutnie poruszający i niepowtarzalny.

Kołysanka z huraganem -okładka książkiDlatego zawsze z olbrzymim szacunkiem podchodzę do osób, które potrafią o tym mówić, albo szukają własnego języka, żeby opowiadając o stracie dziecka, oswoić się z nią. “Kołysanka z huraganem” to efekt żałoby i swego rodzaju dziennik opisujący kolejne etapy tejże. Książka krótka i skondensowana, bardzo konkretna, stanowcza, niepozostawiająca miejsca na zbyt dalekie wycieczki myślowe. Wyciśnięta do samej esencji, jakby autorka nie miała siły na rozwlekłe opisywanie swoich przeżyć.

I dzięki tej niewielkiej objętości połknąłem ją właściwie na raz, o co sam mam do siebie pretensje. Bo czy tak wolno, czy tak wypada? Mam w rękach owoc czyjejś rocznej żałoby , oglądam z bliska niezabliźnione jeszcze rany, mam świadomość tragedii, jaką przeżyła autorka, a ja czytam to w jeden wieczór? Ale tak faktycznie wyszło – książka jest napisana tak, że leci się przez nią bardzo szybko, nawet robiąc przystanki na przetrawienie niektórych fragmentów. 

Zastanawiam się teraz, co spowodowało, że trudno mi się było wczuć w sytuację autorki. Czy był to sposób konstruowania tekstu, czy coś więcej? Miałem cały czas świadomość, jakiego rozmiaru tragedia, ją dotknęła, ale nie czułem jednak tego z kart książek tak mocno, jak mógłbym się spodziewać i jak mógłbym oczekiwać. Może to mój brak wrażliwości, może nie zagrało coś innego na linii czytelnik-autor.

Czuję, że zabrakło mi w formie czegoś, co pozwoliłoby mi wejść na wyższy poziom empatii. Choć staram się zrozumieć zamysł i autorki i redagującej Olgi Gitkiewicz (z podziękowań można wnioskować, że miała niemały wkład w końcowy układ treści), polegający na krótkich, dobitnych strzałach, to wciąż nie mogę się uwolnić od wrażenia, że mam do czynienia z bardzo surowymi zapisami zrozpaczonej matki, z notesem pomagającym uporządkować sobie świat, a nie z próbą literacką. 

Przyznaję – długo zastanawiałem się, czy ta recenzja powinna powstać. Z powodu wymienionych wyżej wątpliwości i z powodu zadawanego sobie pytania “Kim jestem, by oceniać, jak ktoś przeżywa swoją tragedię?”. Nie znalazłem dobrej odpowiedzi, postanowiłem więc skupić się na tym, co oceniać jestem w stanie – formę literacką. A ta, jak pisałem, rozczarowała mnie swoją fragmentarycznością i tym, że jakby nie zważając na ciężar gatunkowy opowieści, pozwoliła mi się po sobie prześlizgnąć. Jednocześnie jestem niemal pewien, że dla wielu osób będących w podobnej sytuacji jak autorka, “Kołysanka z huraganem” może być pocieszeniem i jakąś formą wsparcia własnej terapii po stracie kogoś bliskiego. Tak czy inaczej – sprawdźcie, może do was Wicenty trafi mocniej, niż do mnie.

DO SŁUCHANIA: 

Dominik Wania – Lonely Shadows

Jeszcze gdy nie wiedziałem, czy o “Kołysance z huraganem” napiszę, wiedziałem już, jaką wybrałbym muzykę. I oto ona – solowa płyta Dominika Wani, świetnego pianisty jazzowego, wydana przez legendarną wytwórnię ECM.

Podpasowała mi idealnie. Jest bardzo kameralna i oszczędna w środkach. Wania gra sam, jego fortepian nie ma się za czym schować, jest bezbronny i obnażony. A mimo to wychodzi ze spotkania ze słuchaczem z podniesionym czołem. Dumny.

Znaczący jest też sam tytuł – “samotne cienie” w połączeniu z książką Wicenty automatycznie przywołały we mnie skojarzenie z zabłąkanymi duszami – i zmarłych i tych próbujących na nowo poskładać  swoje życie po stracie. I co chyba najważniejsze, bije z tej płyty jakaś energia, która daje nadzieję, że wszystko będzie dobrze, że jutro wzejdzie słońce. Posłuchajcie utworu tytułowego:

J. Wicenty, Kołysanka z huraganem, Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2020.

 

1 Komentarz

  1. Uff… Bardzo trudny temat. Na pewno nie byłaby to łatwa lektura. U mnie optyka odczytywania lektur z podobnymi wątkami zmieniła się bardzo mocno, gdy sam się utatowiłem. Krótko po narodzinach Maksa czytałem „Drogę” McCarthy’ego i ostro mnie sponiewierało.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *