fbpx
premiery miesiąca 2020
Premiery miesiąca. Odcinek 36 – Listopad
3 listopada, 2020
Cudze Słowa - Wit Szostak - okładka książki
Cudze słowa – Wit Szostak [RECENZJA]
8 listopada, 2020

Dodatkowa dusza – Wioletta Grzegorzewska [RECENZJA]

"Dodatkowa Dusza" Wioletty Grzegorzewskiej

Obserwując rynek książki w Polsce na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy, coraz częściej zastanawiam się, po co nam tyle książek. Nieczytający i tak nie czytają, a czytający mają duży problem z przerobieniem chociaż części wartych uwagi nowości. Dlatego swoje lektury staram się dobierać coraz świadomiej i rozważniej. Szukam książek, które są jakieś, które niosą sobą jakąś wartość dodaną. I nawet przy zachowaniu wszystkich środków ostrożności, czasem się natnę.

Tak było niestety z książką, na którą długo czekałem i co do której miałem duże nadzieje. “Dodatkowa dusza” Wioletty Grzegorzewskiej rozczarowała mnie jednak mocno i chcę to zaznaczyć już na wstępie, bez zbędnego budowania napięcia i prób usprawiedliwiania. Teoretycznie jest to książka, która ma wszystko – świetną autorkę z własnym stylem i ciekawą historię do opowiedzenia. Co zatem mogło pójść nie tak? Cóż, dużo za dużo.

Jak informuje nas nota na okładce, nowa powieść Grzegorzewskiej opowiada prawdziwą historię z czasów II Wojny Światowej. Historię Juliana Brzezińskiego – żydowskiego inżyniera, który uciekł z pociągu do obozu zagłady i wraca do Warszawy, żeby odnaleźć syna ukrywającego się po praskiej stronie Wisły.

Wioletta Grzegorzewska - Dodatkowa duszaSięgając po autentyczną historię, Grzegorzewska jednocześnie ułatwiła i utrudniła sobie zadanie. Podstawa fabularna stworzyła się w zasadzie sama, a autorce pozostało przelanie tego na papier i opakowanie w formę, która sprawi, że książka zostanie w pamięci czytelników na dłużej. I co tu dużo mówić, na tym zadaniu Grzegorzewska się wyłożyła. Czy może, żeby być bardziej precyzyjnym – chyba nie do końca sprostała tematowi, który sama podjęła. Bo to nie jest też tak, że to jest zła książka. Nie, ona jest po prostu momentami mocno rozczarowująca.

Rozczarowuje przede wszystkim masa uproszczeń i pominięć. Książka zaczyna się od scen jak z dobrej powieści sensacyjnej, bo do takich należy zaliczyć opis brawurowej ucieczki z pociągu, ale później ta sensacyjność jej szkodzi. Julian Brzeziński, wymizerowany przez okupację, momentami sprawia wrażenie żydowskiego Jamesa Bonda, mającego w dodatku wielkie szczęście do ludzi. A to w pierwszym napotkanym domu nakarmią go i przenocują, a to pierwszy z brzegu woźnica zawiezie go kilkadziesiąt kilometrów do Warszawy… Zawsze wyjdzie cało z opresji i zawsze sobie jakoś poradzi. Jak w bajce, choć z upiornym tłem. Wszystko dzieje się też bardzo szybko, autorka wiele wydawałoby się ważnych momentów fabuły przemilcza lub przyspiesza, gnając z opowieścią i dbając, by jej tempo nie spadało.

Ale w tym punkcie w oczy rzuca się też dziwna niekonsekwencja. Bo o ile jestem stanie zrozumieć, że dla dynamiki fabuły warto czasem jakieś wydarzenia potraktować lakonicznie, to nie zawsze rozumiałem wybór tychże. Gdy bohater idzie “coś załatwić” na targ albo w inne szemrane miejsce, to dowiadujemy się tylko, że to załatwia. Zupełnie natomiast nie wiemy jak, jakie procesy kryją się za tym załatwianiem, jak w ogóle wyglądał cały społeczny obraz Warszawy czasów okupacji. Nie wiemy wreszcie tak naprawdę o tym, jak wyglądała sama wojna. Owszem, Julian konstruuje granaty dla ruchu oporu, jego syn działa w harcerskiej konspiracji, ale wszystko to jest pisane trochę na zasadzie “pozdro dla kumatych”. W wielu, zdecydowanie zbyt wielu, miejscach miałem wrażenie, że nacisk kładziony jest nie na to, na co powinien. Rzeczy ważne i interesujące są zbywane. Wszystko to opisywane jest po łebkach, pretekstowo, byle dać kolejny punkt do odhaczenia na fabularnej mapie. I gdy myślę sobie: “ok, taki miała pomysł”, to za chwilę do głosu dochodzą rozwlekłe opisy spacerów po Warszawie, czy długie retrospektywy, które byłyby ciekawe, gdyby cokolwiek wnosiły do fabuły. A mam wrażenie, że tak samo jak się nagle pojawiają, tak samo nagle się urywają, nie mówiąc nam wcale wiele nowego o Julianie i jego rodzinie. 

Podobnie problem miałem ze słynnym już “słuchem autorki”, również chwalonym na okładce. Nie przeczę, da się to wyczuć chociażby w “Stancjach”, czyli wcześniejszej powieści Grzegorzewskiej. Tam słychać ucho do szczegółu i naturalną stylizację. Natomiast w przypadku wojennej Warszawy, gdy autorka siłą rzeczy nie mogła sama zarejestrować tych szczegółów, ewidentnie dała się ponieść. W wielu miejscach “Dodatkowa dusza” jest przestylizowana, dialogi są często koszmarnie sztuczne i niepotrzebnie rozdmuchane. A najbardziej chyba zadziwia fakt, że wszyscy mówią “jakoś” – chłop po chłopsku, warszawski cwaniak po “warsiawsku”, a warszawski Żyd posługuje się czystą i nienaganną polszczyzną. Albo stoi za tym jakiś subtelny zabieg, którego nie rozumiem, albo coś tutaj też nie wyszło.

Ciekawy, acz też mam wrażenie, że nie do końca wyeksponowany jest wreszcie sam tytułowy koncept “Dodatkowej duszy”. Można go rozumieć na kilka sposobów i nie chciałbym czytelnikom narzucać żadnej z interpretacji. Zgodnie z żydowską tradycją, z dodatkową duszą wiąże się ceremonia symbolicznie oddzielająca czas świecki od świętego, pozwalająca Żydom na zdobycie jakiejś nadprogramowej dawki zachwytu nad światem. Grzegorzewska wspomina o tym rzadko, ale dużo częściej mówi niedosłownie. Symboliczna w tym kontekście wydaje się chociażby scena wyjścia z kanałów, pewnego rodzaju nowe narodzenie mające potem swoje odbicie w scenach finałowych. I oczywiście, łatwo mi tu się wymądrzać, ale wydaje mi się, że gdyby autorka pisząc historię Brzezińskich mocniej osadziła ją właśnie w tej żydowskiej tradycji, zamiast marnować strony na zbędne zupełnie i nic nie wnoszące do historii dłużyzny, książka zyskałaby inny wymiar.

Otwarte pozostaje pytanie, czy w ogóle dobrym pomysłem było sięgnięcie po prawdziwych bohaterów. Czy ich udokumentowane już losy nie narzuciły Grzegorzewskiej pewnych interpretacji i sposobu narracji? Może uwolnienie się od prawdziwych nazwisk i wydarzeń sprawiłoby, że “Dodatkowa dusza” zyskałaby faktycznie więcej duszy, zamiast być niezłą, ale nie porywającą kroniką czyichś losów? 

W kontekście wstępu do tej recenzji i mojego doboru lektur, wciąż nie znalazłem też odpowiedzi na pytanie “Po co ta książka powstała i co miała wnieść do doświadczeń czytelników?”. W temacie żydowskich historii z II Wojny Światowej powstało wiele lepszych zarówno fabuł, jak i książek historycznych. “Dodatkowa dusza” może być jedynie ich nieobowiązkowym uzupełnieniem.

DO SŁUCHANIA

Shofar – Ha-huncvot

Książka Grzegorzewskiej dała mi wspaniały pretekst do odświeżenia twórczości grupy Shofar, którą zachwycałem się dobrych kilka lat temu, a której od dawna nie słuchałem. 

Shofar to trio, w skład którego wchodzą Raphael Rogiński, Macio Moretti i Mikołaj Trzaska. Poruszają się w szeroko rozumianej muzyce chasydzkiej doprawionej free jazzem, reinterpretują klasyczne pieśni żydowskie. Słuchając tej muzyki po latach bardzo wkręciłem się zwłaszcza w album “Ha-huncvot” z 2013. I to jego odsłuch polecam Wam szczególnie mocno, choć cała twórczość Shofar jest więcej niż wartościowa.

W. Grzegorzewska, Dodatkowa dusza, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *