fbpx
Iskra i kamień - Paweł Hohmann (okładka książki)
Iskra i kamień – Paweł Hohmann [RECENZJA]
21 lutego, 2021
premiery miesiąca 2020
Premiery miesiąca. Marzec 2021
28 lutego, 2021

Ta płyta to cała ja! – Wywiad z Katarzyną Miller

Katarzyna Miller na fioletowym tle

Pewnie podobnie jak ja, znaliście Katarzynę Miller z jej działalności psychologicznej – książek, poradników, występów w telewizji. A czy wiecie, że wkrótce ukaże się jej debiutancka płyta?

Znałem Cię jako autorkę książek, ekspertkę, psycholożkę, ale nigdy nawet nie słyszałem pół utworu śpiewanego przez Ciebie. Zdradź więc, od kiedy śpiewasz i piszesz piosenki?

Katarzyna Miller: Ha, ja się z tym nigdy nie wychylałam szerzej. Owszem, śpiewałam i miałam nawet trochę, jak ja to nazywam, „występków”, ale one były bardzo kameralne, dla góra kilkudziesięciu osób. W Krakowie na Kazimierzu, w Kazimierzu nad Wisłą, w saloniku poetyckim w Gdańsku, w Pożarze w Burdelu, w Nowym Świecie, w Kuźni Artystycznej. Trochę tego było, ale to dosyć małe, bardzo miłe koncerty, które nigdy się nie odbijały szerszym echem. Nigdy nie traktowałam tego jako czegoś zawodowego, więc siłą rzeczy nigdzie więcej też się o tym nie mówiło.

A na tych koncertach od początku śpiewałaś swój materiał?

Tak! Zawsze śpiewałam wyłącznie swoje piosenki. Lubię wykonywać cudze rzeczy, na przykład na ogniskach czy w tego rodzaju sytuacjach towarzyskich, ale na swoich „występkach” śpiewałam zawsze swoje utwory. To zresztą dla mnie największa frajda z tego muzykowania, że wykonuję swoje rzeczy. Mój koncert nazywał się „Okrucieństwo miłości, czyli psychokicz i liryka”. I co chyba ważne, to były inne piosenki niż na płycie. Tylko jeden utwór z tego programu – „Czerwona suknia” – znalazł się na płycie.

Kiedy pojawił się pomysł na płytę?

Działo się to bardzo stopniowo. Kiedyś powiedziałam przyjaciołom, że może powinnam sobie odpuścić to śpiewanie, bo mam tyle pracy psychologicznej, że i tak ciągle mam co robić. Odpowiedzieli, że mam się puknąć w głowę i nie odpuszczać, bo oni to bardzo lubią i mają też nadzieję, że nagram płytę.

Namawiało mnie mnóstwo ludzi! Od dawien dawna, jak tylko ktoś słyszał, że śpiewam, to dziwił się, czemu nie mam płyty. Zwłaszcza, że mam tyle własnych piosenek. Odpowiadałam, że nie jestem wokalistką, zawodową piosenkarką, nie znam nut ani nigdy nie uczyłam się śpiewać. Po prostu tak mi to w sercu grało. No ale w końcu złożyło się kilka rzeczy i oto jestem.

Nawiązałam współpracę z Jurkiem Bryczkiem (menadżerem) oraz Maciejem Szulcem i postanowiłam wypłynąć na szerokie wody. Jak już robię płytę to na poważnie, chcę dotrzeć do ludzi. Chcę, żeby ta płyta zaistniała.

Płyta jest dla Ciebie jakiegoś rodzaju przedłużeniem dotychczasowej działalności? Odnoszę wrażenie, że jest bardzo spójna z Twoimi książkami i tym co robiłaś – trochę tu poradnika, dużo humoru, dużo życia. Pomyślałem, że to bardzo Twoje.

Bardzo się cieszę, że tak to nazywasz. Piszę wiersze, limeryki, felietony, książki, opowiadania erotyczne, mam nawet jakieś plany powieściowe, ale obawiam się, że nie starczy mi czasu, żeby to zrobić, no i teraz stworzyłam płytę. Ona jest takim samym moim przekazem dla ludzi, jak wszystko, naturalną częścią mojej działalności. Nie mogła być więc inna. Nie mogłabym śpiewać czegoś innego, czego nie czuję i nie mówię na co dzień. Ta płyta to cała ja.

Poza tym to spełnienie jakichś moich marzeń, pewnego rodzaju nagroda za to, że nie zwątpiłam w samą siebie. Dodatkowo podbudowałam się, jak chłopaki, z którymi pracowałam, powiedzieli, że im się to podoba, że lubią tę płytę. Zrobili mi śliczne aranże, więc to wszystko brzmi od razu o niebo lepiej. Sam fakt, że ten album już jest, sprawił mi dużo radości, a mam nadzieję, że pozytywny odbiór słuchaczy da mi tej radości jeszcze więcej.

A czy traktujesz czasem muzykę terapeutycznie? Bo ja bardzo lubię taką jej funkcję.

Oczywiście, muzyka jest niezwykle terapeutyczna! Koi, cieszy, pobudza, wycisza – jest cudowną rzeczą. Pomyślałam ostatnio, że gdybym miała raz jeszcze całe życie przed sobą, to na pewno nauczyłabym się zapisu nutowego i gry na jakimś instrumencie. Byłoby cudownie umieć samemu sobie zapisać utwór…

Skoro nie znasz nut, to komponujesz…

Śpiewając. Ja sobie śpiewam, nucę melodię, a chłopaki to zapisują. Komponuję w głowie.

Pisząc teksty wykorzystujesz swoje doświadczenia, czy czerpiesz też z doświadczeń innych?

To przede wszystkim moje „nastroje” poetycko-melodyczne. Jak piszę o deszczu, to jest to dokładnie opis tego, co przeżywam w swoim ogrodzie, gdy pada. Uwielbiam łazić po deszczu i piosenka jest wtedy takim autentycznym lirycznym zapisem mojego stanu ducha. Część historii na płycie jest też oczywiście wymyślona, ale na przykład w oparciu o jakieś prawdziwe wydarzenia. Znam mnóstwo ludzi i ich historii, ale nigdy nie robię czegoś takiego, że wykorzystuję czyjeś opowieści we własnych tekstach. Chociaż zdarzają się też utwory bardziej osobiste, jak na przykład „Pamięć”, który jest związany z tym, że moim dwóm przyjaciółkom umarli ich ukochani mężowie. To moim zdaniem jedna z największych w życiu tragedii, gdy spotykasz kogoś, kogo naprawdę kochasz i jesteś z nim w cudownym związku, a potem go tracisz. To jest wielka żałoba i ten utwór pisałam myśląc o nich i ich uczuciach.

Ale bardzo lubię tworzyć też piosenki śmieszne – to już jest wtedy czysta zabawa. Pomysłem, nastrojem, formą. Wkrada się taki element kabaretowy.

A jakiej muzyki słuchasz na co dzień?

Bardzo różnej, lubię każdą muzykę, która mi się podoba! (śmiech).

No właśnie! Zauważyłem, że Twoja płyta jest bardzo eklektyczna…

Otóż to, są tam bardzo różne inspiracje, różne nastroje. Jest blues, trochę rytmów latynoskich, trochę tanga. Kocham zwłaszcza bluesa, szczególnie takiego archaicznego. Uwielbiam „czarne” głosy. Taki Buddy Guy… Można się rozmarzyć. Mam zresztą jeszcze w zanadrzu takiego jednego bluesa, którego mam nadzieję gdzieś zaśpiewać. Bardzo prosty, najprostszy z możliwych. I bardzo mi się podoba mój tekst w tym utworze! (śmiech)

Czy to znaczy, że myślisz już o kolejnej płycie?

Katarzyna MillerA pewnie, tak się teraz rozbestwiłam, że mam absolutne przekonanie, że to da się zrobić. Tylko muszę się zdecydować, w jakim kierunku chcę iść i czy ten blues się tam zmieści. Bo mam na przykład pomysł, żeby to była płyta bardziej kabaretowa. Albo kiczowata. Albo zupełnie poważna, gdzie ten blues by się dobrze czuł. Czyli trochę tak jak ta płyta, gdzie jest miks bluesa z tangami. Przyznasz, że dość niecodzienne zestawienie.

Pełna zgoda. Ale wróćmy do płyty, która zaraz się ukaże. Zwróciłem uwagę, jak bogato jest zaaranżowana.

Prawda? Byłam zachwycona jak chłopaki sięgnęli po instrumenty. To tak gra… Chwilami rzewnie, chwilami nawet psychodelicznie. Jak oni mi puścili te aranże, to autentycznie się zachwyciłam. Śpiewać potem do tego, to była sama przyjemność. Zagrali ze mną wspaniali muzycy, którym jestem bardzo wdzięczna: Maciej Szulc – odpowiadał za aranże, zaśpiewał drugi wokal i duet ze mną w jednym z utworów; Wojciech Stec – podobnie jak Maciej aranżował utwory, zagrał też na pianie, gitarach i akordeonie; Wojciech Ruciński – kontrabas; Sławomir Berny – bębny i instrumenty perkusyjne; Łukasz Poprawski – saksofon i klarnet oraz Maurycy Idzikowski – trąbka. Ponadto wspomagał nas kwartet smyczkowy: Maksymilian Grzesiak – I skrzypce; Sławomir Talacha – II skrzypce; Elżbieta Porębska – altówka i Marta Ziarko – wiolonczela.

U Ciebie w domu słuchało się dużo muzyki?

Mnóstwo! Uświadomiłam sobie jakiś czas temu, że znam na pamięć bardzo wiele piosenek z mojego dzieciństwa. Ordonka, Połomski, Santor, Fogg, Przybylska – jak tylko słyszę coś z ich repertuaru, to natychmiast śpiewam razem z nimi! Mój tata pięknie śpiewał, miał świetny baryton. Śpiewał na przykład romanse rosyjskie i cygańskie. U nas w domu zawsze dużo śpiewaliśmy, ale też mam wrażenie, że to było w tamtych czasach normą, że jak się ludzie spotykali przy stole, to po prostu śpiewali.

Zaciekawiło mnie, gdy na początku rozmowy powiedziałaś, że myślisz nad powieścią. Możesz zdradzić coś więcej?

Moje plany książkowe są w ogóle dość bogate i trudne do sprecyzowania (śmiech). Co chwila ktoś mi mówi: „Kasia, a weź napisz o tym. Albo o tym”. W tej chwili mam rozgrzebane trzy książki. A właściwie to cztery, bo jedną poprawiam już tuż przed drukiem. No i nie wiem za co się zabrać, więc ciężko myśleć o powieści. Może na emeryturze… Ale nie, przecież ja na emeryturze nigdy nie będę (śmiech). Póki mam umysł przytomny i kojarzę co się dzieje to na emeryturę się nie wybieram. A nie zanosi się na to, żebym przestała kojarzyć. Muszę Ci się pochwalić, że ciągle mi do głowy wpadają nowe skojarzenia i nowe pomysły. Jak jeżdżę z mężem samochodem i przejeżdżamy przez jakieś miejscowości, to na poczekaniu układam o nich limeryki. Przeważnie zresztą lekko nieprzyzwoite. O, może to też udałoby się wydać… Chociaż z poezją w tym kraju jest cienko. Publikowałam już jakieś tomiki, ale to były bardzo małe nakłady. Nie jest łatwo się przebić z takimi rzeczami.

W ogóle muszę zauważyć, że mamy w Polsce fantastycznych poetów. Uważam, że wcale nie mniej zdolnych niż na przykład w USA, ale nikt ich nie zna. Miałam kiedyś audycję o poezji w Radiu dla Ciebie, ale zaproponowano mi, żebym opowiadała o poetach już nieżyjących. A ja miałam tylu fantastycznych współczesnych autorów do omówienia! Ciągle myślę, co zrobić, żeby spopularyzować w Polsce poezję, przebić się z nią do świadomości ludzi. Mogłabym o tym bardzo długo dyskutować…

Opowiesz w takim razie o Twoich mistrzach słowa?

Mistrzów słowa mam bardzo wielu! Wychowałam się na świetnej literaturze. Po podstawówce miałam już zaliczoną całą literaturę francuską jaka wówczas była wydana w Polsce, bo przyjaciele moich rodziców mieli wspaniałą bibliotekę w domu. Potem przerzuciłam się na anglosasów. Czytam bez przerwy. I stąd też się chyba bierze pewna łatwość pisania. Miałam kiedyś taki okres, że co chwila do głowy przychodziły mi jakieś nowe wiersze. Szłam na przystanek i BACH, słyszę, jak wiersze do mnie mówią. Myślę sobie „no i gdzie ja to teraz zapiszę?!”. Zaczęłam stale przy sobie nosić zeszyt, żeby móc zawsze zapisać te napady weny.

Zdradź na koniec, jak wyglądają plany promocyjne Twojej płyty. Czego możemy się spodziewać?

Są już wypuszczone dwa single, na początku marca ukaże się trzeci, a zaraz potem wychodzi cała płyta. W sklepie internetowym MTJ ruszyła już zresztą przedsprzedaż i z tego co wiem, album cieszy się sporą popularnością. Jakaś część nakładu będzie zresztą wypuszczona trochę wcześniej – właśnie dla tych osób, które zaryzykują kupno w przedsprzedaży. Jest fajnie. Muszę przyznać, że jestem podekscytowana nadchodzącymi dniami.

Katarzyna Miller, Choćby tylko na chwilę, MTJ, Warszawa 2021.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *