fbpx
Rysiek Riedel we wspomnieniach - okładka książki
Rysiek Riedel we wspomnieniach. Tom II – Marcin Sitko [RECENZJA]
9 października, 2021
Zespół MÓW w pełnym składzie
Opowiadaj historie, czyli… MÓW. Wywiad z zespołem
2 grudnia, 2021

Święta tradycja, własny głos – Piotr Jagielski [RECENZJA]

Piotr Jagielski - Święta tradycja, własny głos - okładka książki

Jazz niejedno ma imię i niejedną odsłonę. To też gatunek traktowany przez fanów z dużym namaszczeniem, często dość radykalnie sugerujących, co jest prawdziwym jazzem, a co nie. Branżowe książki i periodyki to najczęściej bardzo poważne i złożone wydawnictwa, traktujące rzecz bardzo serio. Czy da się inaczej? Piotr Jagielski przekonuje, że tak.

I wiecie co, nie będę owijał w bawełnę – Jagielski z miejsca mnie kupił swoim podejściem do tematu. Biorąc na warsztat historię jazzu amerykańskiego nie wikła się w wielopiętrowe rozważania i dygresje, nie opisuje muzyki w sposób wiernopoddańczy, nie przesądza, co jest solą tego gatunku, a co nie. Jagielski zaproponował czytelnikom i czytelniczkom wyprawę przez historię amerykańskiego jazzu przygotowaną z pozycji fana, pasjonata, ale i osoby, która ma do swojej pasji wiele dystansu.

“Święta tradycja, własny głos” to teoretycznie dość chronologicznie poprowadzona historia muzyki jazzowej w USA. Chronologia jest jednak pozorna, bo pełno tu wspomnień, dygresyjnych wycieczek i łączenia wątków. Stopniowo poznajemy kolejnych wykonawców, zmieniające się mody i podejście do muzyki. Widzimy, jak wielcy przed chwilą, za chwilę stają się już reliktami przeszłości, zastąpieni przez swoich niedawnych uczniów, którzy postanowili robić swoją muzykę inaczej, pójść dalej w poszukiwaniach. Historia jazzu to historia nieustannych zmian i ciągłego rozwoju, szukania nowych dróg. A gdy tempo jest tak duże i tak wiele się dzieje, to nierzadko nie udaje się przejść przez to wszystko bez ofiar – zarówno rozumianych symbolicznie, jak i dosłownie. Albo jest się jak Lee Konitz i inni wielcy, którzy po 60 latach grania wciąż nie potrafią się wydźwignąć spod legendarnych nagrań. Próbują je interpretować na nowo żeby nie zwariować, ale i tak są skazani na przenoszenie publiczności w czasie. To też pewien rodzaj porażki.

Święta tradycja, własny głos. Okładka książki Piotra Jagielskiego

„Święta tradycja, własny głos. Opowieści o amerykańskim jazzie”

Taki kontekst opowieści Jagielski zarysowuje właściwie od samego początku książki, już od pierwszych opowiadanych historii. Większość z nich ma zresztą wspólny mianownik: ludzie wielcy, wybitni, często po prostu samoucy doskonale czujący muzykę, okazywali się najczęściej ludźmi trudnymi, trapionymi przez problemy – nałogi, nieprzystosowanie do rzeczywistości, poczucie nieprzystawania. I bardzo często z tego powodu prędzej czy później upadali. Niezależnie od epoki. To też galeria osobliwości – każda z opisywanych tu postaci to osobna, wielka historia. Autor siłą rzeczy nie skupia się na żadnej z nich, traktując kolejne rozdziały i kolejne biografie jako preteksty do opowiadania o muzyce.

Historia amerykańskiego jazzu to też historia rasizmu, nie da się od tego uciec. Podobnie zresztą jak historia bluesa, czyli w wielu aspektach gatunku pokrewnego, wychodzącego z jednego rdzenia. Muzyka w tym przypadku przyjmowała rolę przekaźnika buntu, środka wyrazu mobilizującego czarną społeczność USA. Jagielski świetnie te niuanse wychwytuje, ale zauważa też co innego – że jazzowy rasizm nie zawsze był jednowymiarowy. Przywołuje historię Bixa Beiderbecke, która może być przykładem odwróconego rasizmu. Białego muzyka zakochanego w jazzie, który nie został zaakceptowany przez afroamerykańską społeczność skupioną wokół muzyki.

Książka Jagielskiego ma też tę świetną właściwość, że udanie buduje konteksty i poszerza czytelnicze horyzonty. Jeśli autor miał możliwość odwiedzenia miejsc związanych z opisywanymi artystami, to dzieli się wrażeniami z czytelnikami. Jeśli obejrzał film związany z którymś z muzyków, to też informuje o tym w książce, do swojej narracji wplatając śmiało filmowe sceny, postaci i historie budowane na ekranie przez aktorów. Czasem będące przełożeniem na ekran czyjejś historii 1:1, czasem będące wariacją na ich temat. Dzięki tej książce o kilku filmach się dowiedziałem, o kilku sobie przypomniałem – wszystkie wylądowały na liście “do obejrzenia”.

Zmieszczenie historii amerykańskiego jazzu na niespełna 300 stronach to zadanie niełatwe, słusznie więc zagorzali fani jazzu mogą narzekać na pewną fragmentaryczność, ślizganie się jedynie po wątkach i tematach. Ale też myślę, że nie dla jazzowych maniaków jest to książka, a raczej dla tych, którzy dopiero w ten świat wchodzą, albo po prostu chcą nieco poszerzyć horyzonty.

Świetnie też współgra z tym podejściem wspomniany na początku luz Jagielskiego i pewna swoboda, żeby nie powiedzieć frywolność, w podejściu do wielu tematów. Autor pozycjonuje się przede wszystkim jako fan jazzu – opisuje własne wędrówki muzycznymi szlakami, poszukiwania płyt w antykwariatach, emocje jakie towarzyszyły mu podczas rozmów z idolami. Nie ucieka też od dowcipu, jak wtedy gdy opisuje swoje (i nie tylko! Kluczową rolę gra tu kot autora) zmagania z militarystyczną muzyką Petera Brötzmanna. A więc da się o jazzie mówić inaczej niż z pozycji kolan. Bardzo mnie to podejście ucieszyło, a przygody autora nie raz szczerze rozbawiły.

“Święta tradycja, własny głos” to, jak pewnie zdążyliście się już zorientować, nietypowy przewodnik po jazzie. O ile autor pozwala sobie na dużo zabawnych dygresji i podchodzi do swojej roli z dużym luzem, to z jego książki wyłania się w sumie dość smutny obraz tej muzyki, jednego z najpotężniejszych gatunków, jakie znamy. Bo z jednej strony jazz pochłania i wysysa energię, ale z drugiej strony daje też napęd, prowokuje do działania. Zakończonego niestety niejednokrotnie destrukcją.

Ale jeśli zapomnimy na chwilę o muzyce, a skupimy się na ludziach ją tworzących, to z książki Jagielskiego przebija się jedno – to opowieść o wykluczeniu i wykluczonych. O ludziach, którzy walczą o swoje człowieczeństwo i możliwość jego wyrażania.

DO SŁUCHANIA:

Miles Davis – Bitches Brew

Nie lada zagwozdkę miałem z wyborem muzyki do tego wpisu. Mógłbym wziąć właściwie każdego z amerykańskich jazzmanów opisywanych przez Jagielskiego i byłby to wybór słuszny i uzasadniony. Dlaczego zatem Davis i “Bitches Brew”? Bo to pod wieloma względami płyta przełomowa. Pokaz siły Davisa, deklaracja, że “nikt nie będzie mi mówił, czym jest jazz”.

Płyta, która była przez wielu nierozumiana, Davisa odsądzano od czci i wiary, deklarowano, że porzucił jazz na rzecz schlebiania niższym gustom. A jednak Davis wiedział swoje i dobrze na tym wyszedł. Podobnie jak procentuje bardzo autorskie podejście Piotra Jagielskiego do tematu – odświeżające i ciekawe, pokazujące po prostu, że muzyka to styl życia, pasja, ale i zabawa. I że czasem warto przekłuć balonik, by zobaczyć coś więcej.

P. Jagielski, Święta tradycja, własny głos. Opowieści o amerykańskim jazzie, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2021.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *