fbpx
Piotr Jagielski - Święta tradycja, własny głos - okładka książki
Święta tradycja, własny głos – Piotr Jagielski [RECENZJA]
15 listopada, 2021

Opowiadaj historie, czyli… MÓW. Wywiad z zespołem

Zespół MÓW w pełnym składzie

Jest ich czworo. Wywodzą się z jazzu, ale nie boją się eksperymentować z muzyką i poszukiwać sposobów, by jak najlepiej opowiadać historie. Zespół MÓW wydał właśnie swój drugi album „W jednym pokoju”, o którym porozmawiałem z założycielkami grupy, Anią Bratek i Agą Derlak.

Zacznijmy od genezy. Na początku było…?

Ania: Była. Szkoła. Razem z Agą uczyłyśmy się w szkole muzycznej na Bednarskiej. Szybko wpadłyśmy sobie w oko, czuło się porozumienie muzyczne między nami. Pojeździłyśmy razem na kilka festiwali, wygrałyśmy nawet jakieś nagrody. Potem nasze drogi się rozeszły – Aga kontynuowała edukację, a ja wróciłam na Śląsk, wzięłam ślub i zaczęłam zupełnie inne życie. Cały czas jednak coś pisałam, miałam trochę utworów w szufladzie i nosiłam się z zamiarem, żeby się do Agi odezwać. Zwłaszcza, że wiedziałam, że jest w Katowicach. Pół roku mi zajęło, zanim się zebrałam i napisałam z propozycją, żebyśmy porobiły coś znowu razem, a ona od razu odpisała: „No pewnie! Kiedy? Jutro?”

Okazało się, że chemia wciąż była i postanowiłyśmy stworzyć band. Od razu zaczęłyśmy też kombinować, kogo by można jeszcze zaprosić do składu. Szybko dołączyli do nas Patryk Zakrzewski, perkusjonalista i Mateusz Szewczyk, super bassman. Pograliśmy razem, zobaczyliśmy, że to fajnie działa i nagraliśmy w 2018 roku naszą debiutancką płytę. Teraz rozmawiamy po premierze kolejnej.

Przygotowując się do rozmowy z Wami, zastanawiałem się też nad nazwą Waszego zespołu. Moje najprostsze skojarzenie to było: „MÓW, czyli opowiadaj historie”…

Aga: No i sam sobie świetnie odpowiedziałeś na to pytanie (śmiech)

Ania: A tak serio, to jest to najgorsza na świecie robota – wymyślanie nazwy dla nowego projektu. Kiedyś, gdy jechałam samochodem, nagle mnie oświeciło: „No MÓW” i wszystko jasne – wiesz, że tu trzeba zwracać uwagę na teksty, że one są ważne. Często jest tak, że, słucha się muzy, wszystko jest fajnie, ale nie rejestruje się, o czym jest ta piosenka. A u nas to kluczowe.

Poza zmianą na linii perkusjonalia-perkusja gracie od początku w tym samym składzie. To chyba sporo ułatwia?

Ania: Tak, każdy nowy członek, każda zmiana, to jest zaczynanie procesu od początku. Tak się życie potoczyło, że musieliśmy zamienić Patryka na Adama Wajdzika, bo uznałam, że potrzebujemy normalnego zestawu perkusyjnego, a nie perkusjonaliów. Po prostu. Bardzo nie chciałam tego robić, no ale akurat była taka potrzeba. Adam bardzo szybko się z nami zgrał, jesteśmy już na naprawdę wysokim poziomie wspólnego zrozumienia. Choć w gruncie rzeczy wszyscy nieustannie się docieramy. Jesteśmy tylko ludźmi, każdy ma swoje potrzeby, nowe pomysły i umiejętności. Nie jest to łatwe.

zespół MÓW

Zespół MÓW: Aga Derlak, Adam Wajdzik, Ania Bratek, Mateusz Szewczyk

A jak się Wam pracowało, gdy Aga wyjechała do USA?

Aga: No niezbyt się pracowało (śmiech). Zrobiliśmy zdalnie jeden singiel “O wdzięczności”, ale to też głównie dlatego, że wybuchła pandemia i nie mogłam przylecieć.

Ania: Miałam taki pomysł, żeby w tym trudnym czasie zrobić coś dla ludzi, żeby im ulżyło. I zrobiliśmy cały utwór absolutnie zdalnie. A potem w podobny sposób nagraliśmy też piosenkę świąteczną!

Aga: No tak, racja!

Ania: Ale taka praca na odległość to ciężka sprawa, wychodzi wiele nieporozumień komunikacyjnych…

Aga: Ktoś myślał, że ma nagrać to, a miał nagrać co innego. Każdy nagrywał wiele wersji, żeby coś z tego podpasowało. Potem znaleźć jednak tę właściwą, to jest rzeczywiście wyzwanie. Jeśli jedna osoba jest pomysłodawcą aranżu, albo po prostu napisała daną piosenkę, to ma określoną wizję. Ale nie przekaże jej dobrze bez możliwości wspólnego zagrania. Oczywiście, tak się też nagrywa, to nie jest nic nadzwyczajnego. Ale w sytuacji gdy zawsze byliśmy przyzwyczajeni, że gramy i tworzymy razem, to było to duże wyzwanie. Jednak i fajna lekcja, bo się dotarliśmy w końcu.

Ania: Tak, absolutnie!

Aga: To była dłuższa droga, ale koniec końców się udało. Musieliśmy zmienić tylko sposób myślenia. Każdy musiał zacząć myśleć bardziej produkcyjnie, jak typowy sideman.

Ania: Teraz na szczęście Aga już wróciła, więc i my mogliśmy wrócić do sprawdzonego sposobu działania. Spotkania, próby, tworzenie razem.

Co z Waszej perspektywy stanowi główną różnicę między pierwszą a drugą płytą?

Ania: Główną różnicą jest to, że zaprosiliśmy do współpracy producenta, Tomka “Harry’ego” Waldowskiego i on nie tylko wniósł super energię, ale też nam to wszystko fajnie poukładał. Chciałam, żeby jako osoba z zewnątrz posłuchał nas, zobaczył co wypracowaliśmy i na koniec powiedział: „Dobra, to teraz zróbcie tak, tak i tak”. I to się udało. Oczywiście, nie obyło się bez spin i „różnic zdań”, ale przeżyliśmy to (śmiech).

Na ostatnim etapie przygotowań do płyty Tomek był z nami na próbach i zaczęliśmy eksperymentować, podążać za jego pomysłami aranżacyjnymi. Dla mnie to było super doświadczenie, bo poczułam wręcz fizycznie, że robi się przestrzeń na mój wokal. Zawsze miałam poczucie, że muszę się jakoś wbijać ze śpiewem…

Aga: …walczyć o tę przestrzeń.

Ania: Tak. A tu nagle poczułam, że mogę lecieć!

Aga: Potrzeba nam też było takiego typowo producenckiego myślenia: jakie pasmo zabrać, jakie zostawić innemu instrumentowi, jak dawać sobie nawzajem przestrzeń również pod kątem częstotliwości. W jazzie się o tym za bardzo nie myśli, może bardziej podskórnie, bo nasze ucho nas kieruje – jak słyszę, że jest gdzieś dużo basu, to gram w górnym rejestrze. Ale tutaj to jednak jest przede wszystkim piosenka. Wchodzi songwriting i spojrzenie kogoś z zewnątrz jest bezcenne.

Ania: Więc jeśli pytasz o różnice, to wydaje mi się, że ta druga płyta jest dużo bardziej dojrzała, o wiele lepiej poukładana. Metoda nagrywania była dokładnie ta sama, czyli na setkę, wszyscy razem, ale przy tej ostatniej sesji zaczęła pojawiać się magia. Były momenty! Działo się coś, czego nie umiesz nazwać, taka elektryczność w powietrzu i myśl, że „wow, to jest to”. Pamiętam, że zagraliśmy take któregoś numeru, wychodzimy, a tam “Harry” płacze. Niesamowite przeżycie. To jest uzależniające i chce się więcej.

Skąd się wziął pomysł na granie takiej muzyki? Wszyscy jesteście osadzeni bardzo mocno w jazzie, a tu jednak idziecie w piosenki.

Aga: Głos to nasz pierwotny instrument, jest w tym wielka siła. Muzyka wokalna to zawsze była ta pierwsza muzyka, która w każdej kulturze stanowiła początek. A u początków jazzu też były piosenki. Przecież swing to przede wszystkim piosenki właśnie, np. do musicali. Bardzo inspiruje nas songwriting w takim amerykańskim stylu.

Ania: Punktem wyjścia dla naszych utworów są teksty, jakaś myśl. Żeby ona dotarła do kogoś, postanowiłam pisać piosenki, które mają jakiś układ, strukturę. Ale z drugiej strony nie chciałam rezygnować z elementów improwizacyjnych, uwalniających z ram. I dlatego powstała taka mieszanka. To jest super, ale bywa też trudne, bo często ludzie nie wiedzą, jak to nazwać.

No właśnie! Nazwanie Waszej muzyki, albo jakaś jej klasyfikacja, to trudne zadanie. Jest jazz, jest soul, jest trochę popu…

Aga: To niedookreślenie postrzegam jako nasz atut. Często słyszy się kolejne trendy w muzyce, powroty do jakichś brzmień, robienie muzyki wedle tego, co jest akurat popularne. A my chcemy kierować się przede wszystkim przekazem i tekstem. Nie myślimy o tym, żeby wpisać się w takie czy inne ramy.  To nam trochę spędzało sen z powiek, ale w końcu postanowiliśmy, że nie będziemy się tym przejmować

Ania: Jeszcze przed drugą płytą mieliśmy takie dylematy. W którą stronę iść? Czego my tak naprawdę chcemy? Do jakiego odbiorcy próbujemy trafić? Ale to myślenie nas zabijało. Tak bardzo się nastawiasz na to, że coś musi być jakieś tam, że tracisz całą wartość i przyjemność z robienia tego.

Ty wzięłaś na siebie komponowanie i pisanie tekstów?

Ania: Tak. Ale piszę teksty i szkice piosenek, a potem przynoszę to na próby. Czasem sporo przy tym pogrzebiemy, czasem niewiele zmieniamy, czasem dopiszemy wspólnie jakąś część. Mamy super muzyków, którzy przepuszczają to przez swoją wrażliwość, chcą coś od siebie dać – to sprawia, że te piosenki nabierają charakteru.

“W jednym pokoju” wydaje mi się fajną, całościową opowieścią. Te utwory jakoś ze sobą korespondują i byłem sobie wdzięczny, że słuchałem całego albumu w takiej kolejności, jak to ustawiliście…

Ania: Masz dobre wrażenie, te piosenki nie są ułożone przypadkowo. Każda jest tam po coś, każda ma swoje miejsce. Nie powiedziałabym, że to koncept album, ale faktycznie ta opowieść się snuje przez te utwory i nie jest to bezcelowe.

Oprócz tej korespondencji tekstowej, zauważyłem też coś, co nazwałem sobie „stopniowym uwalnianiem organów”.

Aga: Co masz na myśli?

Organy Hammonda. W wielu utworach gdzieś tam pobrzmiewają, ale dopiero na końcu wybrzmiewają z pełną mocą w Twojej solówce.

Aga: A rzeczywiście, ale to super, możemy tak powiedzieć! (śmiech) „Stopniowe uwalnianie organów” to ładny slogan! Nie było to zamierzone, ale jak zwróciłeś na to uwagę, to faktycznie coś jest na rzeczy.

Ania: No ale właśnie – ten utwór końcowy, z hammondową solówką, też jest tam w jakimś celu, coś chcemy przez to powiedzieć. To zauważył “Harry”, że jest w nim jakiś smutek i rezygnacja, ale w końcu pojawia się również nadzieja. I myślę sobie, że to będzie też fajne preludium do kolejnej płyty.

Aga: Ona się zacznie organami i będziemy je stopniowo chować (śmiech)

Wasz album to również goście. Opowiedzcie o nich.

Ania: Basia Derlak, podobnie jak Aga, jest mega talentem. Jest znakomitą artystką, kompletną. Na ostatniej płycie grupy Chłopcy kontra Basia usłyszałam jej rapowanie, tzw. „basiorapsy”. I od razu wiedziałam, że chcę to mieć też u nas. Basia napisała więc rapowy fragment do utworu “Szerokie serce”, nagrała go i wniosła takiego kopa, że hoho! To było trochę dotknięcie innej rzeczywistości. W „Dzienniku” zagrał z nami Cyprian Baszyński na trąbce. Dodaje tam mnóstwo koloru, robi wiele dobrego. Jest pianista Bogdan Hołownia, który był moim wykładowcą na Bednarskiej i bardzo chciałam go mieć na płycie. Zgodził się, przyjechał do studia i pięknie zagrał w „Etiudzie o samotności”. Początkowe założenie było takie, że Bodzio się przyłączy do zespołu grającego „Etiudę”, ale okazało się, że super nam zabrzmiał duet, więc rozdzieliliśmy to. Jest „Etiuda…” grana przez zespół, a jako bonus jest nasze wykonanie z Bodziem w duecie.

No i oczywiście jest też “Harry” na wokalu. Bardzo chciałam mieć męski wokal na płycie i długo o tym z Tomkiem dyskutowałam, zastanawiając się, kogo zaprosić. On nie był fanem zapraszania gościa. Uważał, że będzie mu trudno wkleić się w to, co już zrobiliśmy – w tamtym konkretnym momencie, w tym studiu. I wtedy mnie olśniło, że przecież w tamtym momencie był tam “Harry”! Nagrał więc wokal, a mi buty spadły.

A czy macie na tej płycie swoje ulubione momenty? Ja tak – to wspomniane już „Uciekaj” z solówką na Hammondzie i utwór „Tempo”.

Aga: Ooo, to ciekawe! Zawsze miałam wrażenie, że „Tempo” jest najmniej reprezentatywnym numerem dla tej płyty.

Podobał mi się, bo bardzo fajnie i niespiesznie się rozwija, buduje się stopniowo.

Ania: On taki właśnie miał być, że się snuje, snuje i snuje, a na końcu jest uderzenie.

Aga: Jeśli miałabym natomiast wybierać moje ulubione momenty, to postawię na „basiorapsy”. Bardzo lubię również codę w „Nie wiem”, albo gdy w „Dzienniku” pojawia się trąbka. Lubię też wspomnianą przez Ciebie solówkę w „Uciekaj”.

Ania: „Uciekaj” to jest w ogóle mój ulubiony utwór z tej płyty. On najlepiej oddaje mój stan. Albo inaczej – oddawał. Teraz już jestem w innym miejscu, ale wtedy najbardziej oddawał, co się ze mną działo.

A co spowodowało, że zdecydowaliście się na taki utwór jak „Radosna piosenka”? To rzecz stylistycznie dość daleka od Waszej standardowej twórczości, raczej nie sięgaliście po taneczne utwory.

Ania: Pomysł powstał bardzo prozaicznie. Mój mąż powiedział mi: „Ej, Ania, nie umiesz napisać piosenki na cztery akordy? Jakiejś takiej wesołej?”. No i napisałam (śmiech) Fajne jest to, że to trochę taka zabawa konwencją. Stwierdziliśmy, że nic nas nie ogranicza. To wciąż jesteśmy my, ale z dystansem do siebie. I nie boimy się tego pokazać. Puściliśmy też ten numer na singiel, bo pomyślałam, że to piosenka z najbardziej radiowym potencjałem. I ona się bardzo podoba!

Co planujecie teraz?

Aga: Będzie live sesja! Nagrywamy 13 grudnia.

Ania: Potrzebujemy narzędzi promocyjnych, a taka live sesja świetnie się do tego nada. Nasza płyta nie ukazała się jeszcze w wersji fizycznej, bo tłocznie są zawalone, więc działamy jak tylko możemy. Idą święta, ludzie mają inne rzeczy na głowie, więc nie chcieliśmy się teraz angażować w koncerty. Jeśli pandemia pozwoli, chcemy pograć ten materiał na żywo od stycznia. A potem, kto wie, może się uda z festiwalami.

Uwielbiamy koncerty, dzieją się tam świetne rzeczy, kiedy wjeżdża interakcja z publicznością. My też się wtedy jakoś rozwijamy, pozwalamy sobie na więcej poszukiwań. Podobno prawdziwego artystę poznaje się po tym, że on nie przestaje szukać i kombinować, chce cały czas się rozwijać. A koncerty to świetna do tego okazja. Trzymaj kciuki, żeby się udało.

Albumu „W jednym pokoju” możecie posłuchać w całości na Spotify:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *